* * *
w parku poranionym listopadem
dziewczynka z warkoczami i dziadek o lasce
dziecko objaśnia mu świat
zobacz
mówi tutaj jest ziarno
dla ptaków suchy chleb jest zły
bo im szkodzi tak chleb jest niedobry
dla ptaków
a tam dziadku leżą żołędzie
pewnie zapomniały o nich zabiegane wiewiórki
zabierzmy je z sobą przypomną nam
park w zimowy wieczór
dziewczynka chwyta rękę dziadka
zaplata palce na jego palcach
idzie drogą którą on przeszedł
zostawiając zupełnie inne ślady
z suchym szelestem fasolowych łupin
blade słońce z trudem
przeciskało się przez gęsty szal
listopadowej mgły
która pokryła trawę ciężką warstwą
zimnej wilgoci
ojciec siedział skulony
nad wiklinowym koszem wypełnionym
suchymi strąkami fasoli
gdy po nie sięgał dźwięczały
jakby chciały mu oddać ciepło
minionego lata i ostatnich promieni
jesiennego słońca
ołuskam i dostaniesz na zimę
powiedział wskazując na płócienny
woreczek zawieszony nad stołem
a potem go nie było
odszedł z suchym szelestem
fasolowych łupin
oddając im ciepło
pokrzywionych artretyzmem palców
matka polka fejsbukowa
matka polka fejsbukowa
podnosi dziecko jak hostię na ołtarzu sieci
dobrze wygląda matka z dzieckiem od czasu do czasu
a poza nim babcia z obiadem, dziadek ze spacerem
bo ojciec stale w pracy
matka polka fejsbukowa piecze świąteczne ciasteczka
oprószy dziecku nosek białą mąką pozwoli ubrudzić dłonie
słodkim ciastem bo ludzie lubią uśmiechnięte matki i ich radosne pociechy
kilka zdjęć z miłością na sprzedaż i wychodzi matka polka fejsbukowa
ubrana w kolorowy obraz wirtualnej miłości, udawanej troski
by się nią puszyć i zyskiwać poklask
a wtedy dziecko przykleja mączny nosek do chłodnej szyby
i tęskni nie rozumiejąc kwadransa udawanej czułości
gdy babcia bierze je za rękę, wprowadza do kuchni
i podaje blaszaną foremkę do ciasta
uśmiecha się i ten uśmiech rozpuszcza lód
który pomalował okna bożym narodzeniem
modlitwa
nogi matki wtopione w suche drewno
klęcznika palce biegają po kulkach różańca
tyle się modlisz a w moim życiu
ciągła burza i sztorm
mówię z wyrzutem
a skąd wiesz czy gdybym się nie modliła
twoja łódź nie rozbiłaby się o skały
odpowiada matka spoglądając
na latarnię krzyża wiszącego na ścianie
jej nogi toną w suchym drewnie klęcznika
patchwork
łąka wybuchła patchorkiem barw
rude paprocie położyły strzępiaste
grzebienie na poduszkach z mchu
jaka szkoda że nie umiem pisać wierszy
powiedziałaś dławiąc się bogactwem jesieni
i zaraz dodałaś
zobacz ten las w oddali
wygląda jak kolorowe
chusty wiejskich kobiet na odpuście
i tak napisałaś
wiersz
przeprowadzka
dwa tygodnie po śmierci taty
mama stoi przed rozprutym
brzuchem szafy
może byś chciał tę koszulę
pyta
ojciec prawie jej nie nosił
koszula nie pachnie tanim tytoniem
unosi się nad nią lekki zapach lawendy
której nie lubią mole
w domu starannie ją składam
i wpycham głęboko na półkę
poza zasięg wzroku i rąk
jakbym bał się zarazić śmiercią
ubrana tylko w szal porannej rosy
ubrana tylko w szal porannej rosy
przynosisz wiosenne kwiaty do śniadania
strącę ten różaniec srebrnych kropel
zanim doniesiesz bukiet do wazonu
a potem powiesz z rozmarzonym wzrokiem
rozsypując na ramiona włosy
że na stole zawsze będą świeże kwiaty
które przyniesiesz w srebrnym szalu
utkanym z porannej rosy
mucha i pająk
mucha wykreśla alfabet
na białej tablicy sufitu
nie wie że pisze swój testament
w rogu pod ścianą czai się pająk
on czyta jej opowieść
widzi powietrzne akrobacje
i wie że jej czas kurczy się
z każdą sekundą lotu
pająk cierpliwie tka swą lepką nić
której nie oprą się wątłe skrzydła
i ciężar czasu z którego wysypuje się
piasek coraz bardziej pustej
szklanej klepsydry
Paweł Szeliga
PAWEŁ SZELIGA

