Piwonie pod Pałacem Kultury
ładny masz uśmiech
biorę
przymierzam
rozdaję jak ulotki zdumionym przechodniom
do twarzy ci w białej koszuli
pod Pałacem Kultury
staruszka sprzedaje piwonie
wsuwasz mi jedną we włosy
wjeżdżamy windą na szóste piętro
Dereszowska i Pazura
przypominają za co kochamy teatr
gdy wychodzimy
wręczasz mi małe pudełko
otwieram
piwonie migoczą jak Warszawa nocą
czy mówiłam że do twarzy ci w białej koszuli?
Bilng bling – iluminacja
trochę tu ekskluzywnie
mówi patrząc na kryształowe żyrandole
w kolorowym szkiełku dostrzega kosmos
droga mlekiem i miodem płynąca
z ust do ust
fuksjowa szminka odbita na łyżeczce
gdyby tak zerwać gwiazdę i possać
czy wybuchnie jak supernowa
czy brokat z jego języka
zalśni na kulistym kształcie
globu
jedno jest pewne
rozgwieździ się spojrzenie
ciało przestanie być niebieskie
i zagubione dłonie znajdą ukojenie
pełne jak nigdy wcześniej
Fotosfera
obiecaj że nie zapomnisz
wyszeptała przykładając palce do drżących ust
chciała skraść odprysk ciepła z jego rąk
świecił
pogładził promieniami zmarznięte policzki
zakwitł róż
powiesz że kolory nie kwitną
czy na pewno
co ty możesz wiedzieć
łatwo oceniać innych
tak trudno siebie
minął rok
postarzała się o tatuaże
jego czas nie ruszył
może lekko rozczochrał włosy
zawiśli w bezdotyku
i zmieniła się orbita
zawyła wiatrem heliosfera
coś grzmotnęło
anihilacja pola magnetycznego
(erupcja wulkanu to przy tym pestka)
zostali podzieleni
tropopauza
strato-sfera
Bugenwilla
aksamitne płatki
rozpuszczone w powietrzu
tworzą fuksjową mgłę
można się zgubić w ich zapachu
i odnaleźć na nowo
jako ktoś inny
różowieję
połyskując świtu lśnieniem
gdy nadchodzi zmierzch –
zasypiam wpleciona w ciebie
ćmy spijając nektar
jedwabnymi skrzydłami
wabią świetliki
Recital
grudzień rozsypuje śnieg na Gubałówce
otulona grafitowym płaszczem
rozsiewa wokół siebie chłód
choć wewnątrz kipi
tęsknotą za zielonym koncertem
pod otwartym niebem
czterysta kilometrów
i pięć miesięcy wstecz
Łazienki Królewskie
palce pieszczące fortepian
jak ciało kochanka
i muzyka niesiona przez liście
przez trawę
na skrzydłach ptaków
w futerkach wiewiórek
jedzących prosto z ręki
i on patrzący na nią
jak spragniony kot
chłepczący wodę z miseczki
Glock
wtulona w chłód ulicy
rozpłaszczam się
wnikam w chodnik
ludzie przechodzą
nie widzą
klapki spadają z balkonu
iloraz zdarzeń i wyłupanych ptasich oczu
rozrzucona kostka brukowa uwiera
za śmietnikiem kamienicy
nastolatek dopala papierosa
jakaś kobieta
przechodzi po mnie w szpilkach
boli
podnoszę się twardsza
mrok krąży w żyłach
glock pasuje do dłoni jak sutanna do księdza
wychodzącego z kościoła
módlmy się
jest niedziela
prostuję ręce
lekko zginam w łokciach
Świat jest pełen dupków i naiwnych kobiet
masz trzydzieści lat
i ani myślisz dorosnąć
wygodnie chodzisz w butach nastolatka
kobiety zrywają komplementy z twoich ust
rozgryzają jak orzechy
delektują się rzuconym ochłapem
później stoją w kolejce po stoperan
dobrze je pieprzysz
nacierasz pazerne skóry
owocowym nektarem
wpatrzone w ciebie jak w Dawida
z językiem na wierzchu aportują patyk
(do nogi suko do nogi)
twarzy jak grzechów nie pamiętasz
wycierasz buty łzami
następna
następna
następna
i tylko czasami przed snem
powtarzasz w głowie ich imiona
jak pacierz
Grzaniec przed Manekinem
jesteśmy w aucie
deszcz puka w okna
otulasz moje dłonie
chuchasz
miasto odbite w kubku z grzańcem
goździki igrają z imbirem
a ty ze mną szukasz
przyczyn skutków
filuternych spojrzeń
razem
tu i teraz
tarmosimy Wszechświat za wąsy
czytamy wiersze
z iskrami tańczącymi w oczach
Manekin do nas mruga
Laura Alszer

