Molekuły
sypnęłam cukrem
jabłka zarumienione zrzuciły skórkę
upojony nutami cynamonu
chciałbyś zanurzyć zęby
uszczknąć kawalątek
nie patrz tak na mnie
bo skończymy utytłani w maśle
z mąką we włosach
subtelnie lepcy
rozgrzani do stu osiemdziesięciu stopni
bez termoobiegu
w słodkim przesyceniu
tylko okruchy
Recital
grudzień rozsypuje śnieg na Gubałówce
otulona grafitowym płaszczem
rozsiewa wokół siebie chłód
choć wewnątrz kipi
tęsknotą za zielonym koncertem
pod otwartym niebem
czterysta kilometrów
i pięć miesięcy wstecz
Łazienki Królewskie
palce pieszczące fortepian
jak ciało kochanka
i muzyka niesiona przez liście
przez trawę
na skrzydłach ptaków
w futerkach wiewiórek
jedzących prosto z ręki
i on patrzący na nią
jak spragniony kot
chłepczący wodę z miseczki
Nienasycenie
ta noc będzie szybka jak Pendolino
z Warszawy do Gdańska
w dwie i pół godziny
wysiadając uświadomisz sobie
nie ma powrotu
kasjerka powie sprzedane wszystkie bilety
pociąg wjedzie prosto do hotelu o nazwie
Nienasycenie
zamówisz najbardziej wykwintny posiłek
potrójną porcję
(cała noc na kolanach z ambrozją w ustach)
na drugi dzień zrozumiesz
że już nic innego nie nasyci twoich kubków smakowych
żaden kebab
ani elegancka restauracja Magdy Gessler
nawet drwal z Maka
To nie bajka na dobranoc
ręce do góry
poddaj się
zostałeś zatrzymany na mocy prawa
ustanowionego tym wierszem
wszystko co powiesz
może zostać użyte przeciwko tobie
milczysz
jakby kajdanki zamknęły usta
patrzysz na przechodniów
sklepy mijane przez radiowóz
migoczą świątecznymi dekoracjami
uderzasz skutymi dłońmi w szybę
wiesz że nikt ci nie pomoże
tabuny ludzi wchodzą do metra
rozmawiają palą elektryczne papierosy
jesteś zdany tylko na mnie
bezsilność odbita w oknie
ładna brunetka uśmiecha się do Latynosa
chciałbyś ukraść ten uśmiech
byle tylko coś chwycić
jedziemy do aresztu
przesłuchanie będzie brutalne
bolesne
za późno by się modlić
Iluzja
w świetle neonów połyskuje pustka
przykładam dłonie do gładkiej struktury
szukam odbicia
idę przez lustrzany labirynt
zagubiona chcę odnaleźć siebie
nagle go widzę
czarne oczy przeszywają
jak zardzewiała pinezka papier
gdy śmieje się szkło pęka
biegnę
jest tuż za mną
nie ucieknę
ślepa uliczka sprowadza na manowce
ściany napierają z każdej strony
gdzie jest powietrze?
błysk ostrych zębów przegryza ciemność
ręce miażdżą szyję
chcę oddychać
chcę tylko oddychać
mdleję
gdy otwieram oczy
znowu widzę lustra
mój krzyk rozdziera je na kawałki
rozpadają się jak
zraniona męska duma
skrawki przecinają skórę
krew ścina z nóg
ostatnie co pamiętam
to śmiech diabelski śmiech
otwieram oczy
czarna tkanina zasłania tafle
on stoi z boku
więzi mnie wściekłym spojrzeniem
nie odwracam wzroku
im wyższy puls tym on jest większy
zachowuję spokój
podchodzę bliżej
uśmiecham się a on maleje
wyciągam rękę
jest coraz mniejszy
przytulam go
zrywam zasłony
patrzę na swoje odbicie
Laura Alszer
Laura Alszer — pseudonim literacki. Kocha koty i poezję Haliny Poświatowskiej. Publikuje m.in. w „Akancie”, „e-eleWatorze”, „Ypsilon”,, „Mojej Przestrzeni Kultury”, „Czterech Zeszytach and after”, „Wydawnictwoj”. Jej wiersze można usłyszeć w Radiu MagMa. Współautorka antologii Niosąc pomoc Emilowi (2025), Poezja wiosennych uniesień (2025).

