Danuta Sułkowska. Fot. Jan S. jpg
Opowieść o pielgrzymie
wędrował kamienistą drogą
wśród jesiennych pól
ciepły wiatr
rozwiewał niepokój
wygładzał
wzburzone fale myśli
od zaoranych zagonów
wabiło bezgłośne wołanie ziemi
na horyzoncie
góry obiecywały
pokonywanie zboczy
i cień czerwonych buków
pełną garścią
zaczerpnął siły
z wilgotnej skiby
stłumił jej milczące wezwanie
do pozostania
chciał dotrzeć
do świetlistej polany
na szczycie najwyższej góry
zanim
wszechmocna ręka
posieje go w ziemię
* * *
stałym wątkiem
naszego istnienia
jest oczekiwanie
na święta kościelne
i państwowe
randkę pensję
dorosłość koniec pracy
początek wiosny
czyjeś narodziny
i tak
do końca
na który
nie czekamy
Chłop
linia życia
biegnie między źdźbłami
skoszonej pszenicy
przystaje
z braku powietrza
na wyschniętej miedzy
zaduch
spieszne tykanie świerszczy
zapach macierzanki i mięty
odpoczynek
jeszcze
żywiczny oddech sosen
biały walc brzóz
i nurt rzeki
nieodgadniony
* * *
kiedy nikt nie widzi
stara kobieta tańczy
kolistymi ruchami rąk
oswaja rzeczywistość
zaklina los
rzeźbi ciemną
bryłę przyszłości
na pokrzywionych palcach
przysiadają motyle
nadziei
Westchnienie do minionego czasu
żeby tak
jeszcze raz
usiąść na brzegu
wykopu
stopy obmywa
ciepły piasek
spod kamiennego bruku
zmartwychwstaje
spalonymi kośćmi
człowiek
z epoki brązu
Lament
Odeszli stryjowie
Ojciec i sąsiad
Zabrali po kawałku
mojego świata
Brakuje
światła
kolorów
myśli i słów
Odpycham
jeszcze
natrętne dłonie czasu
pełne nowych
spraw i zdarzeń
Zasłaniam gwiazdy
mokrą chustą
płaczu
Czas
Jestem
w nastroju ponurym
może by łatkę komuś
lub świętość uszargać
Zegar tyka
za oknem mgła
i deszczyk siąpi
skąd wzniosłe uczucia
przecież nie z tej pluchy
Tak się życie przesiąpi
Namawiali:
„Zatrzymaj chwilę”
Zalśniła na dłoni
jakby łza upadła
i w plamę się rozlała
Czas miał ją zmienić
w perłę
Czekam
Mój duch
duch wolniusieńko wycieka
wysącza się ulatnia odparowuje
przydałoby się wrzucić zawartość ginących
komórek mózgowych do komputera
najlepsze byłoby stałe bezprzewodowe
połączenie
plik mój duch musiałby być szczególnie zabezpieczony
przed wirusami bo cóż by to było gdyby…
jednakowoż to problem przyszłości bo na razie
zrobienie zapisu treści naszych znikających
neuronów nie jest możliwe
ale może już niebawem może
doczekamy wszakże technika rozwija się
szybko
a póki co martwię się jak ten mój nieustannie
ulatujący duch zbierze się kiedyś w zaświatach
do kupy
Ujście
coraz wyraźniej słyszę szum morza
zwalniam
dzień wejścia w jego bezmiar
odsuwam
nie będzie już ciebie
mówili
którzy mienią się
wiedzącymi
będziesz trwać w nim
mówili
którzy słyszeli ponoć
jego głos objawiający
tajemniczym bytem jest morze
wyciągam ręce
coraz więcej ramion zwiadowców
najszybsze
wsunęło się już
pod jego płaszcz
nie czuję palców
Razem
przypływem jego jestem i odpływem
ścigam się z ławicami ryb
w głębinach tropię istoty nikomu nieznane
łagodnie śpiewam wśród szuwarów
pod kilem rybackiego statku
płoszę ciekawskie delfiny
ale oto wiatr rozpoczyna taniec
chwyta nas i rzuca na skały na plaże
na burty łodzi i żagle zwijane pośpiesznie
podejmujemy
rytm i pęd wichru
krzyk nasz donośny łączymy z jego potężnym głosem
przejmujemy
władzę nad światem
(niech będzie chwała żywiołom wszechpotężnym
tworzącym i zamieniającym w nicość
zagniewanym, kapryśnym, łaskawym, szczodrobliwym)
straszno mi
i radośnie
Pytanie (retoryczne)
ile słów trzeba
rozsypać na papierze
bacząc by ich treść
była w miarę jasna
i trochę
niezrozumiała
bo poezja nie może
być zbyt prosta
logiczne jest
twierdzenie Pitagorasa
a poezja to raczej
lekko zawikłana
więc ile słów trzeba
przemielić
lub ugnieść
w twardą kulę wiersza
albo rozsnuć na wietrze
w jego pajęczyny
by napisali na grobie
poeta
Zawód
Był poeta
pisał dużo
wierszy aby
swą próżność
zadowolić
Mówiono wokół:
patrzcie to
poeta
a on czuł się
wielki
Wiersze nie przetrwały
próby czasu
nazwisko zapomniano
a poeta w zaświatach
wzdycha zawiedziony:
Trzeba było
kowalem zostać
niektórzy przechowują
podkowy na szczęście
Do poetów
Jak nudzisz
peszysz
niepokoisz
gdy szepty uczuć
wywlekasz niezdarnie
z kątka duszy
Szarzeją w świetle
milkną
nikną
Proszę
nie wyrywajcie
uczuć
z serca
by rzucić je na papier
Uschną wcześniej
nim wyschnie atrament
ktoś wrzuci je do kosza
Werdykt
pisanie wierszy
świadczy
o niedojrzałości emocjonalnej
dorosłego człowieka
(oświeciła mnie bardzo
dojrzała kobieta)
coś za czymś
nie nadąża
zamiast iść równo
jak dwa woły w jarzmie
Paradoks
ze wszystkich towarów
najdroższa jest
nadzieja
obietnice wiecznej
szczęśliwości
w mniejszej są cenie
niż nadzieja
na odrobinę więcej
marnej doczesności
gdyby było na odwrót
uciekliby stąd wszyscy
oprócz dzieci
wariatów
i paru poetów którzy
zagapili się w młodości
Ludzie i wiatr
ludzie na wietrze
wyglądają śmiesznie
idą skuleni
chwiejnym krokiem
ściskają teczki pod pachami
przytrzymują kapelusze
podmuchy szarpią ich
płaszcze i włosy
walczą
stawiają opór
narzekają i klną
tylko wariat udaje
szybowiec i biega
z rozłożonymi rękami
dokoła rynku
poeta
obciążył kieszenie
cudzym rozsądkiem
Między wierszami
po prostu istnieć
czuć ręce i głowę
(ale bez bólu)
obserwować ptaki
liczyć odcienie brązu
na jesiennych liściach
(tylko żadnych porównań)
takie trwanie
między jednym
a drugim wierszem
mieści w sobie
najważniejsze sprawy
pracę i odpoczynek
jakieś radości i troski
nagle skądś wpada kamień
do spokojnej wody
i obraz na powierzchni
pulsuje
coraz szerszymi kręgami
wersów
Danuta Sułkowska
Danuta Sułkowska – pisarka, krytyk literacki; autorka 6 tomów wierszy, zbioru aforyzmów i sarkazmów, 2 powieści, książki popularnonaukowej. Redaktor naczelna Literata Krakowskiego. Redaktor Almanachów Krakowskiej Nocy Poetów. Liczne publikacje w prasie literackiej i innej. Mieszka w Starym Sączu.

