Site icon Miesięcznik internetowy WOBEC Piotr Kotlarz

Wiersze / Aneta P. Groszyk

Oplus_131072

Wypalenie zawodowe

Nauczyli ją pomagać
zanim jeszcze zaczęła chodzić

Kolejne ofiary niepełnych rodzin                                                                                                                                nieleczonych traum                                                                                                                             niepamiętnych czasów
zawsze przeszłych                                                                                                                                                   niedoszłych
Chybił – nie trafił
na loterii życia

Korytarze twarzy
dla których jest za późno
które nie rokują
dostały za mało
oberwały za dużo
nie wiedziały że trzeba
Zmieniają się w rozlaną plamę oleju
pod zmęczonymi stopami

Nagle iskra która miała nieść światło
popieli mosty budowane z nadziei –
bardzo zmęczonej matki
kalekich emocjonalnie dzieci

Nie ma którędy uciec                                                                                                                                                      z utartych ścieżek
Wyciągana ręka pogryziona jest                                                                                                                   zbyt dotkliwie

 
XXX

Kolejny raz uciekam z domu
na spacer po parku w Londynie
Choćby na mapce w Google
Gdańskie ulice
nie obiecują mi jutra
A jedyna przygoda
jaka na mnie czeka
To żul pod mięsnym
i dzik na środku chodnika

Uciekam w złudzenia
Nie tak małych Syrenek
Wyrachowanych Kopciuszków
Roszpunek zamkniętych w wieży Mariackiej
że jednak za rogiem
czeka happy end

A nie tylko koniec noża kierowcy z Ubera

 
 
Dzieci czasem umierają

Choć ludzie nie chcą o tym czytać
do śniadania
Strach paraliżuje nogi w kolanach
słowa zamarzają w przełyku
nie wyplute
niestrawione
Łyżka dziegciu w porannej kawie
psuje purpurowy wschód słońca
Nagle trzeba coś powiedzieć
by uśpić winę niczyją
by poczuć się lepiej
Obrzucają potem wyzwiskami
że matka anioła
bohater
Madonna
A szwaczka codzienności
marzy
by przez te łatki

przeciekał

                    jednak

                           człowiek

 
 
Obiekty zastępcze

Adresat nie mieszka pod wskazanym adresem

Mówią że żałoba to miłość
której nie ma gdzie wysłać
Obiekt zniknął z pola widzenia
I nie można go już przytulić

W mózgu wyje alarm
Coraz głośniej i głośniej
Lecz nie przyjeżdża biały ambulans

Dziury po wiadomościach
nie znajdują odbiorcy
pozostawiają okruszki
Kruki nie krzyczą o tobie
zjadają ziarna wspomnień

Szukam więc ujścia

Kolorowy plaster na ranę

Im bardziej cię nie znam
Tym bardziej jesteś idealny
Wypełniasz popękane krawędzie
lepkim nektarem
wygładzone nie ranią przechodniów

Kruki patrzą spokojnie jak wsiadam w pociąg

 
 
Honey Bunch

Berlin podziurawił mnie jak sito
Zardzewiałe kule wciąż tkwią w ranach
Ołowiane żołnierzyki wypadają za burtę
papierowych łódek
Poskładało mnie jak origami
Tak będę leżeć

Żałoba to nie demon
nie goni cię każdego dnia
Czasem tylko drapie delikatnie kark
a ty brniesz mimo stężenia
Czasem dni skaczą do gardła
uderzeniem płatków o zamarzniętą glebę

Przyśniło mi się dziecko w piekarniku
Moje więc nie wyrzucę
Patrzyłam przez szybę
czy skórka za bardzo się nie przypieka
Na policzku dwa pęcherze – trzeba skręcić temperaturę

Kolejna fala
zmiata z planszy spopielone pionki
Błękitny ekran pulsuje wspomnieniami
Sala kinowa tonie w ciszy
Nie moje bułki zmieniają się w zwęglone skwarki
Trigger Warning porzucony w biegu
wiąże sznurówki
i już nie można uciekać

Po ciemku wdycham sól
gonię sekundę zapomnienia
Przychodzisz ty
otwarta rana
co przeciekła przez powieki
i sprowadzasz mnie na ziemię
zbyt zmarzniętą by mnie przyjąć

 
 
Relacje parasocjalne

nie wypełnią dziury
po nieudanych związkach z żywymi
nie zakopią grobów
nie wskrzeszą wewnętrznego dziecka
co uschło z niekochania
człowiek po drugiej stronie świata ma
tak samo
kruche kości i miękki brzuch
scena umyka mu spod nóg
dupa twardnieje od razów
wymierzanych w chwiejne ego
budzik leci przez pokój
roztrzaskuje codzienne miraże
że może szef wstał prawą nogą
wyciągasz rękę
chcąc dotknąć absolutu
piach przesypuje się między palcami
na taflę lustra
w nim klaun

z prochu jesteście 

                                Aneta P. Groszyk

Aneta P. Groszyk

Rodziła się i umierała wielokrotnie, powstając ze zgliszczy spopielonych mostów. Pochodzi z Gdańska, ale odnajduje się też w innych zakątkach świata. Lubi nazywać siebie artystką, ponieważ macza palce w różnych dziedzinach, prócz muzyki, z którą relację ma raczej niebyłą. Poeta. Rysownik. Fotograf. Psycholog. W wolnych chwilach podróżnik po czasach, miejscach i ludziach. Publikowała swoje słowa w Pogotowiu Warsztatowym oraz w toruńskim zinie Strzępy. Czasem można ją spotkać na slamach poetyckich, konkursach jednego wiersza lub pociągach zabierających ją w nowe światy.
Exit mobile version