Wypalenie zawodowe
Nauczyli ją pomagać
zanim jeszcze zaczęła chodzić
Kolejne ofiary niepełnych rodzin nieleczonych traum niepamiętnych czasów
zawsze przeszłych niedoszłych
Chybił – nie trafił
na loterii życia
Korytarze twarzy
dla których jest za późno
które nie rokują
dostały za mało
oberwały za dużo
nie wiedziały że trzeba
Zmieniają się w rozlaną plamę oleju
pod zmęczonymi stopami
Nagle iskra która miała nieść światło
popieli mosty budowane z nadziei –
bardzo zmęczonej matki
kalekich emocjonalnie dzieci
Nie ma którędy uciec z utartych ścieżek
Wyciągana ręka pogryziona jest zbyt dotkliwie
XXX
Kolejny raz uciekam z domu
na spacer po parku w Londynie
Choćby na mapce w Google
Gdańskie ulice
nie obiecują mi jutra
A jedyna przygoda
jaka na mnie czeka
To żul pod mięsnym
i dzik na środku chodnika
Uciekam w złudzenia
Nie tak małych Syrenek
Wyrachowanych Kopciuszków
Roszpunek zamkniętych w wieży Mariackiej
że jednak za rogiem
czeka happy end
A nie tylko koniec noża kierowcy z Ubera
Dzieci czasem umierają
Choć ludzie nie chcą o tym czytać
do śniadania
Strach paraliżuje nogi w kolanach
słowa zamarzają w przełyku
nie wyplute
niestrawione
Łyżka dziegciu w porannej kawie
psuje purpurowy wschód słońca
Nagle trzeba coś powiedzieć
by uśpić winę niczyją
by poczuć się lepiej
Obrzucają potem wyzwiskami
że matka anioła
bohater
Madonna
A szwaczka codzienności
marzy
by przez te łatki
przeciekał
jednak
człowiek
Obiekty zastępcze
Adresat nie mieszka pod wskazanym adresem
Mówią że żałoba to miłość
której nie ma gdzie wysłać
Obiekt zniknął z pola widzenia
I nie można go już przytulić
W mózgu wyje alarm
Coraz głośniej i głośniej
Lecz nie przyjeżdża biały ambulans
Dziury po wiadomościach
nie znajdują odbiorcy
pozostawiają okruszki
Kruki nie krzyczą o tobie
zjadają ziarna wspomnień
Szukam więc ujścia
Kolorowy plaster na ranę
Im bardziej cię nie znam
Tym bardziej jesteś idealny
Wypełniasz popękane krawędzie
lepkim nektarem
wygładzone nie ranią przechodniów
Kruki patrzą spokojnie jak wsiadam w pociąg
Honey Bunch
Berlin podziurawił mnie jak sito
Zardzewiałe kule wciąż tkwią w ranach
Ołowiane żołnierzyki wypadają za burtę
papierowych łódek
Poskładało mnie jak origami
Tak będę leżeć
Żałoba to nie demon
nie goni cię każdego dnia
Czasem tylko drapie delikatnie kark
a ty brniesz mimo stężenia
Czasem dni skaczą do gardła
uderzeniem płatków o zamarzniętą glebę
Przyśniło mi się dziecko w piekarniku
Moje więc nie wyrzucę
Patrzyłam przez szybę
czy skórka za bardzo się nie przypieka
Na policzku dwa pęcherze – trzeba skręcić temperaturę
Kolejna fala
zmiata z planszy spopielone pionki
Błękitny ekran pulsuje wspomnieniami
Sala kinowa tonie w ciszy
Nie moje bułki zmieniają się w zwęglone skwarki
Trigger Warning porzucony w biegu
wiąże sznurówki
i już nie można uciekać
Po ciemku wdycham sól
gonię sekundę zapomnienia
Przychodzisz ty
otwarta rana
co przeciekła przez powieki
i sprowadzasz mnie na ziemię
zbyt zmarzniętą by mnie przyjąć
Relacje parasocjalne
nie wypełnią dziury
po nieudanych związkach z żywymi
nie zakopią grobów
nie wskrzeszą wewnętrznego dziecka
co uschło z niekochania
człowiek po drugiej stronie świata ma
tak samo
kruche kości i miękki brzuch
scena umyka mu spod nóg
dupa twardnieje od razów
wymierzanych w chwiejne ego
budzik leci przez pokój
roztrzaskuje codzienne miraże
że może szef wstał prawą nogą
wyciągasz rękę
chcąc dotknąć absolutu
piach przesypuje się między palcami
na taflę lustra
w nim klaun
z prochu jesteście
Aneta P. Groszyk

