Site icon Miesięcznik internetowy WOBEC Piotr Kotlarz

Społeczeństwo na dowód / Justyna Majewska

O świecie, w którym człowiek staje się wiarygodny dopiero po okazaniu dokumentu

Najpierw człowiek mówi, że boli.

Potem zaczyna tłumaczyć, od kiedy.

Później podaje skalę od jednego do dziesięciu.

Jeżeli nadal nie brzmi wystarczająco przekonująco, szuka wyniku, rozpoznania, zaświadczenia, zdjęcia, historii leczenia, czegokolwiek, co przeniesie jego doświadczenie z kategorii „twierdzi” do kategorii „potwierdzono”.

Nie zawsze chodzi o chorobę.

Czasem chodzi o biedę.

Czasem o przeciążenie.

Czasem o przemoc, dyskryminację, bezrobocie, niepełnosprawność, samotną opiekę nad kimś, kryzys psychiczny, niemożność pracy albo zwykłe ludzkie „nie daję już rady”.

Coraz częściej nie wystarczy powiedzieć, co się z nami dzieje.

Trzeba jeszcze wykazać, że mamy prawo tak się czuć.

Żyjemy w społeczeństwie na dowód.

*

Nie jest to oskarżenie przeciwko dokumentom.

Dokument jest jednym z największych wynalazków nowoczesnego państwa. Chroni przed arbitralnością. Pozwala ustalić prawa, obowiązki, historię decyzji. Dzięki niemu urząd nie powinien działać wyłącznie na podstawie sympatii urzędnika, lekarz ma dostęp do wyników badań, sąd może odróżniać twierdzenie od ustalenia, a obywatel może wykazać, że coś rzeczywiście zrobił, zapłacił, zgłosił albo otrzymał.

Problem zaczyna się gdzie indziej.

W chwili, w której dokument przestaje potwierdzać rzeczywistość, a zaczyna ją produkować.

To subtelna różnica.

W pierwszym modelu człowiek ma określone doświadczenie, a dokument pomaga instytucji je rozpoznać.

W drugim — doświadczenie staje się społecznie prawdziwe dopiero wtedy, gdy instytucja nada mu właściwą nazwę.

Dopóki nie ma pieczątki, kodu, decyzji, rozpoznania albo pola zaznaczonego we właściwym miejscu, istnieje podejrzenie, że być może nic się nie wydarzyło.

*

Nowoczesność kocha kategorie, ponieważ kategorie pozwalają zarządzać dużą liczbą ludzi.

Nie da się prowadzić systemu świadczeń, ochrony zdrowia, edukacji, podatków czy ubezpieczeń wyłącznie na podstawie indywidualnych opowieści. Instytucja potrzebuje definicji. Musi wiedzieć, kto spełnia kryterium, od kiedy, w jakim stopniu i na jak długo.

To zrozumiałe.

Niepokojące jest dopiero to, jak szybko język instytucji przechodzi do codzienności.

Zaczynamy myśleć o sobie tak, jak myśli formularz.

Czy to jest „wystarczająco poważne”?

Czy kwalifikuje się jako problem?

Czy istnieje na to nazwa?

Czy ktoś to potwierdził?

Czy mam prawo powiedzieć, że cierpię, skoro ktoś inny ma gorzej?

Czy wolno mi być wyczerpanym, jeżeli nie mam diagnozy wypalenia?

Czy mój lęk jest prawdziwy, jeżeli nadal chodzę do pracy?

Czy bieda jest biedą, jeżeli lodówka nie jest całkiem pusta?

Czy przemoc jest przemocą, jeżeli nie zostawiła śladu, który dobrze wygląda na zdjęciu?

W ten sposób formularz wychodzi z urzędu.

I zamieszkuje w człowieku.

*

Najbardziej przewrotny skutek tego procesu polega na tym, że przestajemy ufać doświadczeniu, które nie ma certyfikatu.

Ktoś mówi: „boli”.

Pytamy: „byłeś u lekarza?”

Ktoś mówi: „nie mam już siły”.

Pytamy: „co powiedział psycholog?”

Ktoś mówi: „nie mam za co żyć”.

Pytamy: „a próbowałaś wystąpić o pomoc?”

Ktoś mówi: „jestem źle traktowana”.

Pytamy: „masz na to dowody?”

Pytania nie muszą być złośliwe. Często wynikają z bezradności. Chcemy wiedzieć, co właściwie się dzieje.

Ale ich wspólny rdzeń jest charakterystyczny:

sama relacja człowieka przestaje wystarczać.

Potrzebujemy zewnętrznego świadka.

Najlepiej instytucjonalnego.

*

To tworzy osobliwą hierarchię cierpienia.

Najwyżej stoi cierpienie udokumentowane.

Ma nazwę.

Datę.

Numer.

Historię.

Można je załączyć.

Niżej znajduje się cierpienie rozpoznawalne społecznie: takie, które wygląda tak, jak nauczyliśmy się oczekiwać.

Na samym dole pozostają doświadczenia nieczytelne.

Człowiek funkcjonuje, więc chyba nie jest tak źle.

Uśmiecha się, więc może przesadza.

Pracuje, więc chyba daje radę.

Nie zgłosił wcześniej, więc skąd nagle problem?

Nie płacze, więc czy na pewno cierpi?

Nie ma papieru, więc może tylko mówi.

Ta hierarchia nie jest zapisana w żadnym kodeksie.

A jednak działa.

*

Instytucje mają szczególną skłonność do ufania temu, co daje się policzyć.

Liczba dni.

Dochód.

Stopień.

Punkty.

Procent.

Skala.

Kod.

Termin.

Próg.

Liczby nie są złe. Przeciwnie: bywają najlepszym sposobem ograniczania uznaniowości.

Ale liczba ma jedną właściwość, o której łatwo zapomnieć.

Jest bardzo przekonująca.

Jeżeli coś da się zapisać jako 7, wygląda bardziej realnie niż zdanie: „czasem nie jestem w stanie wstać”.

Jeżeli dochód przekracza próg o niewielką kwotę, system widzi przekroczenie progu. Nie widzi lodówki, czynszu, długu, dziecka ani niespodziewanej awarii samochodu.

Jeżeli zdolność do wykonania jednej czynności została zachowana, tabela może uznać ją za argument większy niż codzienny koszt wykonywania dziesięciu innych.

Formularz nie kłamie.

Po prostu odpowiada na pytania, które ktoś wcześniej zdecydował się zadać.

A człowiek często cierpi właśnie poza pytaniami.

*

Każdy, kto kiedykolwiek wypełniał złożony formularz, zna ten moment.

Odpowiedź jest prawdziwa, ale żadna z dostępnych opcji nie jest prawdziwa.

Trzeba wybrać najbliższą.

„Tak”.

„Nie”.

„Nie dotyczy”.

„Inne”.

Rubryka „inne” jest jednym z najbardziej uczciwych miejsc administracji.

Przyznaje, że rzeczywistość może nie zmieścić się w projekcie dokumentu.

Jednocześnie jest zwykle najmniej interesującą rubryką systemu.

To właśnie w „inne” trafia część życia, której nie udało się przewidzieć.

*

Być może przyszli historycy będą opisywać nasze czasy nie tylko przez internet, sztuczną inteligencję, pandemie, wojny i kryzysy klimatyczne.

Być może zauważą także coś bardziej przyziemnego:

nigdy wcześniej człowiek nie pozostawiał po sobie tak ogromnej liczby śladów, a jednocześnie nie musiał tak często udowadniać, że jego doświadczenie jest prawdziwe.

Mamy historię lokalizacji.

Historię transakcji.

Historię wiadomości.

Historię zatrudnienia.

Historię wyszukiwania.

Dokumentację medyczną.

Monitoring.

Logowania.

Daty.

Metadane.

Człowiek jest rejestrowany niemal bez przerwy.

A mimo to, kiedy przychodzi z opowieścią, nadal słyszy:

proszę przedstawić dowód.

*

Paradoks jest większy.

Im więcej system wie o człowieku, tym mniej potrafi wiedzieć, jak to jest być tym człowiekiem.

Może znać dochód.

Nie zna ceny wstydu podczas pożyczania pieniędzy.

Może znać liczbę wizyt lekarskich.

Nie zna liczby nocy, kiedy ktoś zastanawiał się, czy ból jest już wystarczająco silny, żeby „zawracać komuś głowę”.

Może znać historię zatrudnienia.

Nie zna poranka, w którym ktoś siedział dziesięć minut w samochodzie przed pracą, zanim był w stanie wejść do środka.

Może znać formalny stan cywilny.

Nie wie, kiedy związek naprawdę się skończył.

System potrafi rejestrować fakty.

Znacznie gorzej radzi sobie z ciężarem faktów.

*

Nie chodzi więc o marzenie o świecie bez kryteriów.

Świat bez kryteriów szybko stałby się światem arbitralności, znajomości, uprzedzeń i decyzji podejmowanych „na oko”.

Chodzi o coś trudniejszego:

o świadomość, że kryterium nie jest rzeczywistością.

Jest narzędziem.

To zdanie wydaje się banalne, dopóki nie znajdziemy się po drugiej stronie tabeli.

Wtedy różnica pomiędzy „nie spełnia kryteriów” a „nie ma problemu” staje się gigantyczna.

Pierwsze zdanie opisuje relację człowieka do procedury.

Drugie — człowieka.

A jednak bardzo często jedno zaczyna zastępować drugie.

*

Szczególnie niebezpieczne jest to tam, gdzie człowiek ubiega się o pomoc.

Sama konstrukcja ubiegania się ustawia go w pozycji osoby, która ma coś wykazać.

Nie wystarczy potrzebować.

Trzeba spełniać.

Nie wystarczy mieć trudność.

Trzeba udowodnić jej intensywność, czas trwania, wpływ na funkcjonowanie.

Nie wystarczy powiedzieć, że sytuacja jest niemożliwa.

Trzeba zmieścić niemożliwość w katalogu przesłanek.

W efekcie osoba w kryzysie dostaje dodatkowe zadanie:

ma zostać specjalistą od dowodzenia własnego kryzysu.

*

To wymaga szczególnej kompetencji.

Trzeba wiedzieć, co zachować.

Co zeskanować.

O co poprosić.

Gdzie zadzwonić.

Jak sformułować.

Na jaki przepis się powołać.

Jak nazwać doświadczenie w języku systemu.

Osoba, która umie to zrobić, staje się bardziej widzialna.

Osoba, która nie umie — może mieć dokładnie ten sam problem, lecz znacznie słabszą sprawę.

To jeden z mniej zauważanych przywilejów współczesności:

umiejętność dokumentowania siebie.

*

Można mieć rację i przegrać, ponieważ nie zachowało się wiadomości.

Można potrzebować pomocy i jej nie otrzymać, ponieważ źle wypełniło się formularz.

Można być ciężko przeciążonym i nie umieć opisać tego językiem, który brzmi wystarczająco profesjonalnie.

Można cierpieć i jednocześnie wypaść bardzo dobrze podczas piętnastominutowej rozmowy.

Można być wiarygodnym człowiekiem i niewiarygodnym przypadkiem.

System nie musi mieć złej woli.

Wystarczy, że zobaczy tylko to, co potrafi odczytać.

*

Dlatego współczesny człowiek coraz częściej tworzy dwa życiorysy.

Pierwszy jest przeżywany.

Drugi jest dowodowy.

W pierwszym są noce bez snu, upokorzenia, niepewność, ból, napięcie, momenty, których nikt nie widział.

W drugim są daty, pisma, wyniki, potwierdzenia, przelewy, zaświadczenia, screeny.

Pierwszy mówi: „to mi się wydarzyło”.

Drugi mówi: „potrafię to wykazać”.

W idealnym świecie oba opowiadałyby tę samą historię.

Nie zawsze opowiadają.

*

Cyfrowa epoka jeszcze wzmacnia tę różnicę.

Robimy zrzuty ekranu rozmów.

Zachowujemy potwierdzenia.

Archiwizujemy maile.

Fotografujemy uszkodzenia.

Nagrywamy.

Wysyłamy sobie dokumenty „na wszelki wypadek”.

Nie jest to paranoja.

Często jest to racjonalna odpowiedź na świat, w którym pamięć dwóch osób ma mniejszą wagę niż plik z datą.

Uczymy się żyć tak, jakby przyszły spór już trwał.

Jakby każda teraźniejszość mogła kiedyś potrzebować załącznika.

*

To zmienia relacje pomiędzy ludźmi.

Jeżeli doświadczenie bez dowodu jest słabe, zaczynamy dokumentować nie tylko instytucje.

Dokumentujemy siebie nawzajem.

Kto co powiedział.

O której.

W jakim tonie.

Czy odpisał.

Czy odczytał.

Czy był online.

Technologia stworzyła całą archeologię mikrozdarzeń.

Dwie osoby mogą już nie pamiętać rozmowy, ale aplikacja pamięta godzinę dostarczenia wiadomości.

W pewnym sensie nigdy nie byliśmy tak dobrze wyposażeni do ustalania faktów.

W innym — nigdy nie mieliśmy tylu powodów, by sobie nie wierzyć.

*

Najbardziej przewrotną konsekwencją społeczeństwa na dowód jest jednak coś jeszcze.

Człowiek zaczyna być własnym podejrzanym.

Nie pyta już tylko: „co czuję?”

Pyta: „czy mam podstawy, żeby tak czuć?”

Nie: „czy jest mi trudno?”

Tylko: „czy jest mi wystarczająco trudno?”

Nie: „czy potrzebuję pomocy?”

Tylko: „czy ktoś uzna, że jej potrzebuję?”

Wewnętrzny formularz jest bardziej bezwzględny niż papierowy.

Papierowy ma koniec strony.

Wewnętrzny można wypełniać całe życie.

*

Być może dlatego tak wiele współczesnych dyskusji szybko zamienia się w konkurs dowodów.

Kto cierpi bardziej.

Kto ma większe prawo do zmęczenia.

Czyje doświadczenie jest „prawdziwym” wykluczeniem.

Czyja krzywda spełnia definicję.

Czyje problemy są wystarczająco obiektywne.

Żądamy precyzji od rzeczy, które często są prawdziwe właśnie dlatego, że są nieprecyzyjne.

Granica pomiędzy trudnym a niemożliwym nie zawsze ma datę.

Granica pomiędzy konfliktem a przemocą nie zawsze pojawia się w jednym wydarzeniu.

Granica pomiędzy zmęczeniem a wyczerpaniem nie zawsze przychodzi z wynikiem laboratoryjnym.

Życie nie konsultuje terminologii przed wydarzeniem.

*

Nie znaczy to, że każdej opowieści trzeba automatycznie wierzyć.

Społeczeństwo bez weryfikacji byłoby równie niebezpieczne jak społeczeństwo, które wierzy wyłącznie dokumentom.

Ludzie kłamią.

Pamięć się myli.

Interesy są sprzeczne.

Dowód ma znaczenie.

Ale pomiędzy bezwarunkową wiarą a automatyczną podejrzliwością istnieje ogromny obszar, który coraz częściej pomijamy.

Można powiedzieć:

„nie wiem jeszcze, czy potrafię to potwierdzić, ale słyszę, co mówisz”.

To zdanie nie wydaje wyroku.

Nie rezygnuje z krytycyzmu.

Przywraca tylko człowiekowi status źródła wiedzy o własnym doświadczeniu.

*

Nowoczesne instytucje potrzebują dowodów.

Nowoczesne społeczeństwo potrzebuje czegoś więcej:

świadomości granic dowodu.

Dokument może potwierdzić, że człowiek był gdzieś o określonej godzinie.

Nie zawsze powie, co się z nim wtedy działo.

Diagnoza może nazwać chorobę.

Nie wyczerpie doświadczenia chorego.

Decyzja może przyznać prawo.

Nie tworzy cierpienia, które istniało przed decyzją.

Zaświadczenie może potwierdzić ograniczenie.

Nie jest jego początkiem.

*

Najbardziej humanistyczne zdanie, jakie instytucja mogłaby sobie przypominać, brzmi więc:

brak dowodu nie zawsze jest dowodem braku.

To oczywiście nie wystarcza jako reguła sądu, kontroli czy postępowania administracyjnego.

Ale może być bardzo dobrą regułą człowieczeństwa.

Bo życie zaczyna się wcześniej niż dokumentacja.

Ból wcześniej niż diagnoza.

Bieda wcześniej niż próg.

Przeciążenie wcześniej niż zwolnienie.

Krzywda wcześniej niż protokół.

*

Być może prawdziwym testem dojrzałości instytucji nie jest więc to, ile potrafi zmierzyć.

Tylko czy pamięta, czego nie potrafi.

Czy potrafi zostawić miejsce na „inne”. 

Na nietypowy przebieg.

Na człowieka, który nie pasuje do modelu.

Na sytuację, której nie przewidziano podczas projektowania formularza.

Na prawdę, która nie ma jeszcze numeru sprawy.

*

Społeczeństwo na dowód jest bezpieczne tak długo, jak długo pamięta, że dowód służy człowiekowi.

Staje się niebezpieczne wtedy, gdy człowiek zaczyna służyć dowodowi.

Gdy uczy się cierpieć w sposób czytelny.

Mówić językiem rubryk.

Zbierać życie do segregatora.

Przechowywać każdy ślad na przyszły proces, odwołanie, rozmowę, komisję albo zwykłe „a skąd mam wiedzieć, że tak było?”.

Wtedy dokument przestaje być narzędziem pamięci.

Staje się warunkiem istnienia.

*

Może więc najbardziej radykalne pytanie nie brzmi dziś:

„Czy masz na to dowód?”

Tylko:

„Co robimy z prawdami, których jeszcze nie umiemy udokumentować?”

Bo część najważniejszych rzeczy w ludzkim życiu przez bardzo długi czas istnieje wyłącznie w pierwszej osobie.

Boli mnie.

Boję się.

Nie daję rady.

To było dla mnie poniżające.

Potrzebuję pomocy.

I być może cywilizacja zaczyna się nie w chwili, kiedy każdemu z tych zdań bezwarunkowo wierzymy.

Zaczyna się wtedy, kiedy nie uznajemy ich za nieważne tylko dlatego, że człowiek nie przyniósł załącznika.     

                                                        Justyna Majewska

 

Nota autorska

Justyna Majewska – autorka i eseistka. Pisze o języku, tożsamości, codzienności oraz społecznych i instytucjonalnych mechanizmach, które wpływają na sposób opisywania ludzkiego doświadczenia. Jej teksty ukazały się m.in. w STAMMA oraz Mothered Magazine.

 

Exit mobile version