Site icon Miesięcznik internetowy WOBEC Piotr Kotlarz

Solidarność i Białowieża cz. 3 / Miłka O. Malzahn

 „Myśmy się tego trochę bali, ale nie za bardzo”

Białowieża bardzo się ostatnio zmieniła. Nie ukrywam, że mnie to cieszy. Hmm… Ujmując rzecz elegancko: struktura społeczna się odświeża, co jest naprawdę rozwojowe. A jeszcze delikatniej — czas ten wsi sprzyja. Jedno się nie zmieniło: Białowieża od początku była odwiedzana przez ludzi, którzy decydowali o wielkich sprawach. Już z kronik Jana Długosza wiemy o wizytach Władysława Jagiełły, bywali tu kolejni królowie i carowie, na przykład car Aleksander II, Aleksander III, i jego syn – car Mikołaj II. A to przyjechał Herman Goering, a to towarzysz Gierek, a to też współcześni politycy, decydenci i celebryci. Wszystkich wymieniać nie będę, bo byłaby to zbyt długa lista.
Paradoksalnie – może i się tutaj rozmawiało o przysłowiowych „losach świata”, lecz wieś tego nie odczuwała.
Przewrót Solidarnościowy, nie zmienił faktu, że nie było w Białowieży, żadnych wielkich solidarnościowych nazwisk, legendarnych działaczy, ludzi, którzy mieliby potężną siłę sprawczą nawet w tym lokalnym wymiarze. Chociaż miejscowi działacze robili, co mogli. W celu ustalenia co mogli, oddaję głos moim rodzicom:
Nie zapamiętałam żadnej wielkiej konspiracji, jako dziecko widziałam tylko wieczorne spotkanie, raczej podobne do imprezy i trochę do klubu dyskusyjnego.
Nie jestem pewna, czy takie sytuacja miały miejsce, ale Tata potwierdza, że się zdarzało.
A mnie nurtują te ich nocne spotkania;
       I z kuchni dobiegały nas radiowe dane pandemiczne. Strach. Ten sam. Tylko temat inny.
Strach – to  narzędzie, służące do przekonywania nieprzekonanych. Stara, niedobra, lecz tak jakby, tradycja. Ci, którzy chcieli, przekraczali granicę komfortu, oswajali strach oraz niepokoje i robili to, co uważali za możliwe do zrobienia.
W pandemicznych realiach proces przechodzenia od strachu do działania wydaje się być podobny. Poziom ryzyka i tak każdy z nas określa sam. Indywidualnie przypomina sobie: czego się boi najbardziej na świecie i ile ma w sobie odwagi. Kiedy w latach 80-tych moi rodzice rozważali swoje „za” i „przeciw”, i decydowali się na składanie podpisów, uczestnictwo w nielegalnych apelach oraz przemycali bibułę,  rozpowszechniając dobre wieści – z uznanych przez władze za niedobre – źródeł, na wysokich szczeblach politycznych grano o nową Europę. Czasem się zastanawiam: czy te dwa światy – wielkich graczy politycznych i zwyczajnych ludzi podejmujących swoje codzienne decyzje – czy te dwa światy, naprawdę tworzą ten jeden: najlepszy z możliwych światów, jak uważał o nim niemiecki filozof Gottfried Wilhelm Leibniz, głoszący filozofię raczej optymistyczną…?
                              Miłka O. Malzahn

 

Exit mobile version