Piotr Kotlarz-Rola (duodram) [Na scenie stolik. To stolik kawiarniany (w bufecie teatralnym), przy stoliku cztery krze­sła, ciut za nim (przy ścianie) wąska zasłona. (…)

0
1570

Piotr Kotlarz

Rola (duodram)

[Na scenie stolik. To stolik kawiarniany (w bufecie teatralnym), przy stoliku cztery krze­sła, ciut za nim (przy ścianie) wąska zasłona. Nieco w głębi, po prawej stronie wieszak i kufer obok niego. Przy wieszaku buty na wysokich obcasach, na wieszaku duża damska torebka. Tylna ściana sceny biała, tak by można na niej pokazywać (z rzutnika) ilustracje (obrazy Nikifora, może też jego zdjęcia).]

Piosenkarz: [Jest kimś w rodzaju demiurga.]

To tylko teatr

Życie jest teatrem, czy teatr życiem jest

myślisz, że to prawda, a to fałszywy gest

ten chce być wielkim panem

ten sługi duszę ma

więc karty już rozdane, każdy w swej masce gra

Ref. Życie jest jak teatr, tu każdy rolę ma

lecz zgadnąć wciąż nie mogę, czy prawda to czy gra

Teatr to prawdziwy, swą rolę trzeba znać

więc dobrze się zastanów, dawać czy też brać

Tam widzę jest ich troje i uśmiechają się

jeden dowcipy sypie, drugiemu w duszy źle

gość romantyczny tkliwy swą rolę musi grać

kto będzie ten szczęśliwy, a kto sam będzie spać

Ref. Życie jest jak teatr, tu każdy rolę ma

lecz zgadnąć wciąż nie mogę, czy prawda to czy gra

Teatr to prawdziwy, swą rolę trzeba znać

więc dobrze się zastanów, dawać czy też brać

Ten młody to już student, poważną minę ma

i wszystkim chce pokazać, że poznał cały świat

i nic już go nie peszy, nawet dziewczyny wzrok

choć trzyma ją za rękę, a ona patrzy w bok

Ref. Życie jest jak teatr, tu każdy rolę ma

lecz zgadnąć wciąż nie mogę, czy prawda to czy gra

Teatr to prawdziwy, swą rolę trzeba znać

więc dobrze się zastanów, dawać czy też brać

Ktoś musiał przyjść tu z szefem, szef chciał rozerwać się

więc dowcip za dowcipem, te dobre i te złe

ze śmiechu zrywa boki, ach jak wspaniale jest!

lecz każdy musi wiedzieć, gdzie jest zabawy kres

Ref. Życie jest jak teatr, tu każdy rolę ma

Teatr to prawdziwy, swą rolę trzeba znać

więc dobrze się zastanów, dawać czy też brać

Coda/ Życie to jest teatr, lecz jeśli zrobisz błąd

Odeślą cię w kulisy i sam odejdziesz stąd

Życie to czy teatr? Zapytasz siebie zły –

Nie znajdziesz odpowiedzi i wiesz (już)

I. Przy stoliku barowym

[Zza kotary wychyla się najpierw parasolka, później pojawia się twarz Aktorki. Wresz­cie wychodzi. Jest w spodniach i butach na płaskim obcasie. Jest ucharakteryzowana na osobę już wiekową, ale powinna ją jednak grać osoba starsza, około sześćdziesięciu lat. Powinna grać tak (ruchy, wymowa) jakby była już znacznie starsza. Stara. Jest w butach na płaskich obcasach. W siwej peruce.]

Aktorka – [Idzie w kierunku widowni. W stronę widowni.] Są tu… Przyszli. [Przechodzi w inne miejsce.] Są. Patrzą… Tak to ja, wasza babcia Kiepska. Do diabła, tyle ról czło­wiek zagrał, a tu wciąż „babcia Kiepska”. [Można podkreślić rolę Feldman naśladując wymowę – zaciąganie i gwarę lwowską. Ale bez przesady.]

[Odwraca się i w stronę (przypuszczalnie) baru, w głąb sceny, mówi głośno.] Dzień do­bry! Pani Aniu. I jak tam dzisiaj? [Siada. Wciąż w głąb sceny.] Dla mnie jak zwykle… [Po chwili.] Nie, przepraszam Pani Aniu… Dziś tylko zupę.

[Odwraca się w stronę widowni. (Monodram można grać w salach klubokawiarni, dużych restauracji – np. hotelowych. Warto stworzyć wrażenie, że stolik, przy którym siedzi aktorka, jest tylko jednym z wielu stolików w lokalu. Aktorka mówi tak, jakby mawiała do osób siedzących przy jednym z sąsiednich stolików.)]

Zapewne dziwicie się, że ciągle pracuję? A co mam robić? Siedzieć w domu, pa­trzeć w telewizor i czekać na śmierć…? Zresztą nie mam telewizora. Lodówki też nie. Już dawno nie gotuję… Od śmierci męża. To dlatego tu jadam. Tu lub w innych lokalach. Najlepiej czuję się w pracy. [Odwraca się w stronę domniemanego baru.] Pani zostawi. Sama sobie przyniosę. [Wstaje od stolika, wychodzi za kotarę i zaraz wraca, trzymając w ręku talerz z zupą i łyżkę. Ponownie siada. W stronę widowni.] Dlaczego pracuję? Dla zarobku? Finansów? No cóż, bez pieniędzy żyje się trudniej, dużo trudniej. Ale bez prze­sady. Nie warto zagonić się za mamoną. Dla dzieci? [Pauza.] To bolesna sprawa. Czy muszę o tym mówić? [Z tonem pretensji w głosie.] Nie mogłam mieć dzieci? Bóg, lub, jak kto woli… ja też wolę ten zwrot – natura, o właśnie, natura nie dała mi tej szansy. [Pau­za. Spokojniej.] Nie, nie mam pretensji. Nie mam też żalu do nikogo i o to, że mój mąż odszedł tak wcześnie. [Powtarza.] Za wcześnie… Tym bardziej za wcześnie, że byliśmy z sobą wystarczająco długo, bym miała po nim szukać kogoś innego. Nie można uciec przed pamięcią.

Nie, nie mam pretensji. Po jego odejściu po prostu poświęciłam się pracy. Scenie, sztuce. Teraz pracuję w Poznaniu. Z nami aktorami to jest tak, jak z taksówkarzami. Tak­sówkarz stoi na postoju. Ktoś wsiada i mówi: na Balice, albo gdzieś indziej. I taksówkarz jedzie. A mnie los powierzył do Poznania. Do Krakowa mnie ciągnie, ale obawiam się, że Poznań wydałby wtedy wojnę Krakowowi. A po co te dwa miasta mają się bić? [Śmiech. Je trzy łyżki zupy. Do widowni.] Pyszna. [Odwraca się w stronę bufetu. Głośniej.] Pani Aniu, pyszna. Naprawdę dobra. [Zjada kolejne dwie łyżki zupy.

Znów do widowni.] Przez lata byłam aktorką drugiego, a nawet i trzeciego planu. Każda rola jest ważna. Muszą być aktorzy drugiego i trzeciego planu, by mogli zaistnieć i ci z tak zwanego planu pierwszego… Podobno byłam jedną z najbardziej wyrazistych akto­rek drugoplanowych. Cóż takie jest życie, nie każdy musi grać w nim role główną. Wła­ściwie już pogodziłam się z losem, a tu patrzcie. Moją najważniejszą rolę, rolę pierwszego

planu, uzyskałam, mając już 84 lata.

To symboliczne, to swego rodzaju metafora, ale my aktorzy przeżywamy to rze­czywiście, realnie. Każdy z nas, w każdym momencie, może dostać od losu swoją rolę. Rolę życia. Rolę, która pozwoli nam pokazać, na jak wiele nas stać, jak wiele jest w nas pokładów dobra, człowieczeństwa.

Szansę dał mi Krzyś. Krzysztof Krauze. Przyszedł na plan. Pod Krynicą, w okoli­cy Starego Sącza kręciliśmy „Boże skrawki” w filmie Jurka Bogajewicza… Akurat mia­łam wolny dzień. Krzysztof wszedł. Pokazał mi dużą fotografię [Na ścianie wyświetla się portret Nikifora] i zapytał: Kto to? Ja na to: Nikifor Krynicki! Na co on, byliśmy jeszcze per pan, per pani: Pani go będzie grała. Przyznam się, że naprzód, jak to się pięknie mówi po literacku, zbaraniałam. Była to jakaś taka ekscytacja – bójcie się Boga, cóż to za wy­zwanie dla aktora, ale równocześnie był strach. Jednak, gdy spojrzałam w mu oczy, gdy ujrzałam w oczach Krzysztofa pełne zaufanie, to wiedziałam, że strach można tylko cho­wać do kieszeni i trzeba brać się do roboty. Ale była to bardzo duża odpowiedzialność.

[Wstaje od stolika i odnosi talerz do bufetu. Wraca. Stojąc przy stoliku.]

Należę do pokolenia, które jednak o Nikiforze słyszało i widziało te obrazy, więc potem to sobie połączyłam w całość. Widziałam Nikifora, mając 7 lat. Mieszkaliśmy wtedy w Krakowie i z mamą jeździłam do Krynicy. Zobaczyłam jakiegoś człowieczka siedzącego na murze, trochę się go przestraszyłam, jak to dziecko, i odeszłam, wołając: Mamo! Mama mnie uspokoiła: Nie bój się, on nic złego nie robi, tylko obrazki maluje.

[Ponownie siada.]

Jeżeli chodzi o przeżycie z Krynicy z tychże lat, to bardziej pamiętam, że bawiłam się z mamą w listonosza. Leciałam z Góry Parkowej z depeszą, bo listów priorytetowych wtedy jeszcze nie wymyślono [śmiech], i wołałam: Mamo, listonosz idzie! I jak się po­tknęłam, jak sobie rozwaliłam kolano i nos – to mi bardziej utkwiło niż Nikifor.

Cóż niewiele, z początku niewiele, wiedziałam o Nikiforze.

Żyjemy obok siebie, czasem wręcz wpadamy na siebie, a drogi nasze się rozcho­dzą. W tym przypadku nasze drogi po prostu nie mogły się zejść. Różnica pokoleń była zbyt wielka.

II. Charakteryzacja

[Aktorka siada na krześle i zaczyna się charakteryzować do roli Nikifora. Z torebki wyjmuje szminkę, puder. W trakcie charakteryzacji czasami przerywa wypowiedź, np. przyklejając wąsy, lub wkładając okulary.]

Ja dosyć dużo ról męskich grałam w teatrze. Nawet debiutowałam rolą chło­paka. Później grałam choćby Staszka z Wesela, Kaja w Królowej Śniegu… Mój Panie Boże, dla aktora czy aktorki z dużym doświadczeniem – to nie jest trudne. Wiadomo, że mężczyzna nóżek tak przy sobie skupionych nie trzyma.

Trudnością było nie grać, tylko być Nikiforem. Tym razem chodziło o coś więcej. Nikifor był znacznie trudniejszy. Trzeba się było stać Nikiforem. Trzeba było z siebie wyrzucić to, co Nikiforem nie jest, i stać się nim. Na to recepty nie mam. Po prostu trzeba być tym, kogo się gra.

Wiele dowiedziałam się o Nikiforze od pana Włosińskiego. Wiele rze­czy mi opowiadał, przekazywał… [Pauza.] Sam Nikifor, oprócz swojego ma­larstwa, które zresztą bardzo mi pomogło, nie pozostawił po sobie nic. Nic nie napisał, bo nie umiał pisać. Nie przekazał też nic słownie, bo nie mówił, tylko bełkotał. Swoje opinie wyrażał krótko, mawiał: „szkoda czasu”, „nie warto”. Po­zostawił po sobie tylko takie podstawowe powiedzenia, jak: „Bo o kolor trze­ba prosić”. Piękne zdanie. Gdzie prosić? Wiadomo, u Boga. „Zły kolor wybie­ra”; „Nie maluje świętych”. „Nie zna świętych, nie maluje świętych”, mówił do Włosińskiego. Powtarzał: „Nikifor może malować świętych, bo Nikifor był

w piekle, był w niebie, ze świętymi rozmawiał”. [Cytaty z Nikifora jego głosem].To był ten jego świat. Ja też ze świętymi rozmawiam . [Delikatny śmiech.]

Do roli przygotowałam się bardzo intensywnie. Chciałam wiedzieć o Nikiforze, o nim i o jego sztuce jak najwięcej. Przed rozpoczęciem zdjęć rozmawiałam z po­znańskim logopedą, aby dowiedzieć się, co zrobić, aby mówić niewyraźnie – tak, jak Nikifor, który nie dość, że miał wysuniętą dolną szczękę, to jeszcze jego język był częściowo zrośnięty z podniebieniem. Specjalista nie mógł mi wiele pomóc, dlatego sama wymyśliłam specjalne ćwiczenia. Wkładałam do ust orzechy, układałam odpo­wiednio wargi. [Wykrzywia, ściska specjalnie wargi i usiłuje bełkotać „po Nikiforo­wemu”. Powtarza:] „Nie maluje świętych…”

Nauczyłam się wreszcie, będąc Nikiforem, „bełkotać”. „Nie umie malować. Niedobre doły. Może domy?” To pierwsze słowa Nikifora, które wypowiedział, wchodząc do pracowni Włosińskiego. Bełkot jest niewyraźny, ale przecież trzeba oddać treść.

Później codziennie na półtorej godziny oddawałam się w ręce charakteryzatorki. [Wy­raźnie do widowni.] Dziś robię to sama, na potrzebę spektaklu. Charakteryzacja na scenę jest łatwiejsza. Teatr dopuszcza pewną umowność. Kamera jest bardziej okrut ­na. Obnaży wszystko. Każdą niedoróbkę. Charakteryzatorka dorabiała mi [przerywa na chwilę, przyklejając sobie wąsy] zarost, nawet włosy w uszach. Czasami sprawiało mi to ból. Cóż, to też element pracy aktora.

Najtrudniejsze było jednak to, że każdego dnia musiałam hamować swój tem­perament i ukrywać energię, aby chodzić wolniej. [Wkłada okulary.] Do tego mu­siałam nosić zaburzające widzenie szkła z określonymi przez operatora dioptriami. Nikifor nosił okulary. Zerówki nie sprawdzają się przed kamerą, bo dają niepożądane refleksy. Nie miałam wyboru.

III. Nikifor

[W tym momencie na scenę wchodzi piosenkarz (w marynarce nieco zniszczonej) z bu­kietem kwiatów. Wręcza kwiaty Aktorce. Ta przytula kwiaty i staje z boku. Piosenkarz zaczyna śpiewać.]

W mleczu, w jagodach,

w malinach i aroni

kolor znaleźć

Później malując

Boga o kolor prosić

Miasto i ludzi opowiadać

Świętych pokazać

w ubraniach odświętnych

Czasami w głąb siebie zajrzeć

To życie całe

W tym jego sens

Ułomnym Bóg mnie stworzył

Czyż nie ułomnym każdy z nas

Nie każdy o tym prostym fakcie wie

Stąd złość czasami wobec ludzi

nachodzi i mnie

Za ludzi jednak

moimi świątkami

wciąż modlę się

Miasto moje

Moi święci

Świątynie Boga pośród gór

Obrazy modlitwą są

Malować tylko chcę

W tym mego życia sens.

Ref. Miasto i ludzi opowiadać

Świętych pokazać

w ubraniach odświętnych

Czasami w głąb siebie zajrzeć

To życie całe

W tym jego sens

[Pod koniec piosenki Aktorka odkłada kwiaty. Podchodzi do piosenkarza. Ten wyciąga w jej stronę rękę, Aktorka przyjmuje zaproszenie, również wyciąga rękę. Piosenkarz zdej­muje marynarkę, w którą ubiera się Aktorka. Piosenkarz znika.

Aktorka podchodzi do wieszaka i ze stojącego przy nim kufra wyjmuje kartonową teczkę z rysunkami i torbę z przyborami malarskimi oraz laskę. Jest Nikiforem.

Chodzi po scenie naśladując chód Nikifora. Zatrzymuje się. Patrzy na laskę. Mówi kale­cząc mowę, lecz bełkot musi być zrozumiały.]

Dawali mi parasol. Po co parasol w taki piękny dzień? [Wzrusza ramionami. Idzie w kierunku stołu. Zatrzymuje się. Wiesza torbę na oparciu krzesła, otwiera teczkę z rysun­kami. Niezdarnie. Rysunki wysypują się na podłogę. Zaskoczona, gwałtownie rozgląda się.]

Nie ma dzieci. Nie lubić dzieci. Podeptały obrazy. Niedobre dzieci.

[Zbiera obrazy do teczki. Jeden zostawia na stole. Przystawia krzesło. Siada.]

Będę malowała. Byłam w cerkwi z Włosińskim. Włosiński dobry człowiek. Po­magać mnie. Dobry człowiek. U niego mieszkać. Malować. Włosiński dobry człowiek, ale niedobrze maluje… Nie kocha świętych. Przyszła do niego i powiedziała: „Tu będzie malować” i odtąd malowała. Włosiński nie przeszkadzać. Dobry człowiek.

[Patrzy w stronę widowni.]

Stonka! Idzie tu stonka. Turyści… znowu będą się śmiać. O, dzieci. Nie lubić dzieci. Czemu złe? Niedobra i ja dla nich. Bo złe. Zawsze złe. Od zawsze. Przedrzeź­niały… Jako dziecko nie bawić się z nią… Nawet kamienie… Mówi niewyraźnie… od zawsze, nie słyszy… ale dobra… Kocha świętych, a oni przedrzeźniają. Źle mówić, bo chora. Dlaczego niedobre?

[Sięga do torby i wyjmuje z niej pędzel. Ślini końcówkę.]

Maluję świętych, cerkwie. Marian Włosiński też jest malarzem. Pomógł bardzo. Maluję albo u niego w pracowni albo w budce przy basenach. Mogłam tam wystawiać swoje prace, sprzedawać. Lubię malować też tu, na murku pod „Soplicowem”. Widać „Nowe Łazienki Zdrojowe”. Maluję też w parku. Na kawałkach tektury, okładkach zeszy­tów, papierze… Malowała i siebie, widoki krynickich domów. Patrzą jak maluje. Kupują.

[Pokazuje jeden z obrazów widowni. Grupa świętych.]

To święci… Teraz maluje ich w odświętnych ubraniach. Mówili, że nie kocha świętych, bo źle ubrani… Kocha świętych i ludzi. Wszystkich.

[Odkłada obrazek i sięga po torbę, którą zdejmuje z krzesła. Wyjmuje z torby moździerz i jakieś suche rośliny (może jagody). Z maleńkiej buteleczki dolewa odrobinę oleju. Siada, kładzie moździerz na stole i trze jagody.]

Dobry kolor? [Pokazuje wnętrze moździerza w stronę widowni.] Włosy Madonny będą takie. [Do widowni.] Sama farby robi. Jagody, maliny, w nich od Boga kolor.

[Znów uciera farbę.]

Od zawsze maluje. Dla ludzi… Musi malować… Dla świętych.

[Odkłada moździerz i bierze kolejny obrazek. Domalowuje włosy Madonnie. Chwila ciszy.]

Mówić coś więcej? Nie warto. Szkoda czasu. [Nikifor pochylony nad rysunkiem maluje. W tym czasie na ekranie slajdy prac Nikifora. Po ok. 30-40 sekundach Aktorka bardzo spokojnie zdejmuje czapkę i kładzie ją na stole obok rysunku, później robi to samo z okularami. Wstaje, bierze laskę i opiera o krzesło. Aktorka znów jest w siwej peruce. Staje obok krzesła i wskazując w stronę czapki i okularów (po pauzie), głosem Feldman. Cicho, tak jakby Nikifor wciąż był obok (na ekranie wciąż slajdy).]

Bo i co miał mówić? To, że mówił niewyraźnie, że niegramatycznie, że mówił o sobie „była” nie znaczy, że nie znal życia, że niewiele wiedział. Przecież przeżył wojnę. Widział i wiedział wiele. Po cóż jednak o tym mówić. Wyrażał świat i jego wartości ma­lując.

Czasami turyści i kuracjusze żartowali sobie z Nikifora, trochę z niego drwili, a trochę się go bali… Podobno wśród niektórych krynickich chłopów cieszył się złą sławą. Kobiety na targu opowiadały, że odbiera krowom mleko, uważano go za pasożyta, którego należałoby zaaresztować i wywieźć gdzieś daleko. A może to tylko jedna z plo­tek, głupich opowieści. Nie mógł nawiązać kontaktu z ludźmi… Był obcy, inny?

To akurat mu pomogło. Istniał rozpowszechniony przesąd, że jeżeli źle się potrak­tuje obcego, odmieńca, to sprowadzi na dom nieszczęście. Dawali mu spokój.

Pewnie pomogło mu i to, że miał mocno przytępiony słuch. Nie wszystko słyszał.

Zmartwił się jednak, kiedy ktoś żartem powiedział, że święci na jego obrazkach są mało eleganccy. Bardzo się tym przejął, później jego święci mieli białe koszule i krawaty. Robił to dla Boga, nie dla ludzi… Chciał, by jego święci wyglądali elegancko.

Mimo złego słuchu lubił słuchać radia. Jeżeli tylko była taka możliwość, słuchał dwóch odbiorników jednocześnie.

Wstawał rano, pluł wodą na palce, mył oczy i szedł na murek malować. Po południu zjadał bułkę, wracał do domu i zaczynał rysować. W ten sposób funkcjonował całe lata, dekady. Pracował, ciągle pracował.

W hagiografii prawosławnej świętym staje się także ten, kto przez całe życie, każ­dego dnia, aż do śmierci podlewa drzewo, które posadził w młodości. Nikifor poświęcił swej pasji całe życie.

Uważał, że pewne drobne wygody po prostu mu się należą. Lubił się pośmiać z kogoś, nawet w sposób dosyć obcesowy. Nie, nie był święty, miał – podobnie zresztą jak pan Marian… Włosiński… – trudny charakter. Mylą się ci, którzy uważają, że kalectwo uszlachetnia, z reguły raczej wyostrza charakter.

Popularność, jaką zaczął się cieszyć Nikifor pod koniec życia, nie wpłynęła w ża­den sposób na zmianę jego stylu życia. Dopóki starczyło mu sił, przemierzał codziennie Krynicę w drodze „do pracy” tak, jak robił to niezmiennie… od zawsze.

[Koniec slajdów.]

IV. O sztuce

[Aktorka podchodzi do wieszaka. Zdejmuje marynarkę, którą wiesza na wieszaku. Pod­chodzi do stolika i bierze rekwizyty, które przenosi do kufra przy wieszaku. Siada przy stoliku.]

To dziwne, ale jakiś los nad tym czuwał. Ja przecież przypominam Nikifora nie tylko posturą, gestami. Nawet uszy mam dokładnie tej samej wielkości, co on. To po­dobieństwo fizyczne przekłada się na podobieństwo mentalne. Jak i mój bohater mam własną, bardzo konsekwentną wizję ludzi i świata, swoją prywatną hierarchię wartości, często bywam bezkompromisowa. W Krynicy, w moim pokoju, jak i u niego, było niemal pusto. Wprawdzie u mnie obok łóżka, na stole, leżała książka i jabłko… [Pauza – tonem wyjaśnienia.] Nikifor był analfabetą – ale nasze podobieństwo w stosunku do życia było znaczne. Jedna z takich podstawowych rzeczy. Jedni mogą uważać to za dziwactwo, pro­szę bardzo, kto z nas nie jest poniekąd dziwakiem, ale nie mam lodówki ani pralki. Nie przywiązuję wagi do rzeczy nabytych. Do tej pory nie mam samochodu, a ostatecznie, przez tyle lat, mogłabym. Nie mam komórki ani tego diabła [Śmieje się.] komputera. Nie chcę być niewolnikiem pewnych rzeczy. Ktoś zapytał mnie kiedyś: A jakimż to niewolni­kiem lodówki można być? Jak to jakim – ile razy trzeba tam zaglądać, czyścić, coś kłaść. A co ja tam mogę wkładać? Gospodarstwa nie prowadzę, 5 deka szynki na śniadanie – na to mi lodówka nie jest potrzebna. Poza tym mam też ten swój wewnętrzny świat, który daje mi jakąś swobodę, niezależność – o tyle oczywiście, o ile człowiek może je mieć. Ja to nazywam: górne piętro – takie, które stoi nad wszystkim. Jednej rzeczy natomiast nie mam z Nikiforem wspólnej [delikatny śmiech] – bo ja bardzo lubię czystość.

Nie spotkaliśmy się tu jednak po to, by rozmawiać o mnie. Ważniejsza jest sztuka.

Najwyższy wymiar sztuka zyskuje dopiero wtedy, kiedy uwalniamy się od swojego „ja”. Nie wolno myśleć „ja piszę”, „ja rysuję”, „ja filmuję”, „ja gram”. Z trwogi o to, jak to „ja” wypada w oczach świata, tracimy intuicję, zaczynamy naśladować, przestajemy mówić własnym głosem. Zaprzedajemy się. Nikifor nigdy niczego nie poprawiał, nie znał gumki.

[Aktorka odrywa wąsy.]

Nie wiemy, czy Nikifor uczył się kiedykolwiek malarstwa? Niektórzy uważają, że uczył się malarstwa w cerkwi, z ikon. Święci na ikonach byli mu bliscy, bo milczący jak on. Kiedyś oglądał „Bitwę pod Grunwaldem” Matejki. Widząc ten obraz powiedział tylko: „Za dużo hałasu – to coś nieprawdopodobnego”.

A może, przebywając wraz z matką wśród malarzy, podpatrywał ich pracę. Będąc synem ubogiej, głuchoniemej łemkowskiej żebraczki, która trudniła się między innymi noszeniem wody do krynickich schronisk i pensjonatów, często spotykał przebywają­cych wówczas w uzdrowisku malarzy. Matka roznosiła wodę, a on zatrzymywał się przy sztalugach. Patrzył na obrazy. Zafascynował go ten świat… Może już u dziecka pojawiła się ta pasja?

Niektóre z jego konceptów plastycznych są zadziwiające – na przykład seria zwie­lokrotnionych autoportretów. I to na długo przed pop-artem! Przed Andy Warholem. To ciekawe i zapewne bardzo przypadkowe, ale i Warhol i Nikifor byli Łemkami.

[Aktorka ściera charakteryzację.]

Praca, konsekwencja, talent wreszcie zostały zauważone. Może nawet ponow­nie… Przecież już przed wojną twórczość Nikifora dostrzegli kapiści…

Nie miejsce tu na to, by rozważać, jak wielkie straty przyniosła wojna. W życiu narodów, ale i jednostek. Milionów jednostek przede wszystkim. Po wojnie ponownie „odkryli” Nikifora Ella i Andrzej Banachowie, którzy organizowali mu wystawy w kraju i za granicą, w Europie Zachodniej. Banach pisał o nim, nagłośnił jego twórczość.

Sukces… Osiąga się go zazwyczaj późno. Czym jest sukces? Nikifor to – jak mawiał mój przyjaciel – silny egzemplarz człowieka. Mimo chorób był bardzo silny. Przeżył wystar­czająco długo, by móc stworzyć to, do czego został powołany.

Ja też jako aktorka zostałam doceniona stosunkowo późno. Też bardzo późno od­niosłam tak zwany sukces. Czy jednak sukces jest tak ważny? Przecież Nikifor nie wie­dział, nie mógł wiedzieć, co to jest sukces. On nie osiągnął sukcesu. To jego obrazy, jego twórczość stały się sławne. Nie on… On umarł tak, jak żył.

[Wstaje.]

My, aktorzy, sukces odczuwamy inaczej. Każdego wieczoru w teatrze stykamy się z widzem. Często oklaski, ale bywają też i gwizdy. My bardziej odczuwamy tak zwany sukces.

Nikifor tworzył zapewne po to, by przeżyć, dlatego, że właśnie to potrafił robić najlepiej, dlatego wreszcie, że miał taką potrzebę. Potrzebę wyrażania świata, wyrażania siebie.

Ramana Maharshi, święty hinduski, proponował, żeby każdy dzień zaczynać od pytania „kim jestem?”. Są wybrani, którzy nie muszą zadawać sobie takiego pytania. Żyją zakorzenieni w absolucie. Taki był Nikifor. Gdyby na jego oczach ktoś zmartwychwstał, przyjąłby to bez zdziwienia.

Od wczesnej młodości czuł się malarzem „zawodowym”. Mimo iż był samo­ukiem, znawcy malarstwa mówią o wręcz fenomenalnej intuicji malarskiej, jaką posia­dał. W latach międzywojennych malował i próbował sprzedawać swoje obrazy na ulicach uzdrowiska jako „pamiątki z Krynicy”.

Sprzedawał swoje obrazy. Że tanio, aż tak tanio? Tanio to pojęcie względne. On nie wiedział nawet o tym, że można żyć inaczej. Przeżycie, tylko tyle. Rysunki zapewnia­ły mu środki na przeżycie. Nie dla sukcesu jednak, nie dla sławy, nie dla majątku malo­wał.

Najpiękniejsze obrazy Nikifora pochodzą z czasu, gdy mieszkał w stajni. Pod­czas wojny bardzo podupadł na zdrowiu. Po wojnie, w ramach akcji „Wisła”, Łemków deportowano. Nikifor także został deportowany, ale uciekł. Wrócił do Krynicy, bo nie mógł żyć na wsi, gdzie wyznaczono mu miejsce pobytu. Na wsi nie było domów, które mógłby malować, nie było klientów. Kiedy w latach pięćdziesiątych pojawiali się pierwsi poważni kupcy jego obrazów, zaczął się spieszyć. Sam czuł, że nie maluje już tak dobrze, jak dawniej.

Ja zostałam aktorką, bo to robili moi rodzice, bo w takim środowisku wzrastałam. Bo nie wyobrażałam sobie nawet, bym mogła zajmować się czymś innym. Grałam różne role, wcielałam się w różnych ludzi. Jak umiałam, chciałam pokazać to, co im w duszy gra. To była i jest moja praca. Sukces. Nie, nigdy nie goniłam za sukcesem. Chciałam zawsze robić to, co potrafię, do czego przygotowywałam się od dziecka, co robiłam całe życie, jak najlepiej.

Już po powstaniu filmu, po premierze pytano mnie czasami o Włosińskiego. Dziś też już o nim wspominałam. Pytano mnie, czy Włosiński też malarz, absolwent krakowskiej ASP, opiekując się osobą i twórczością innego malarza, nie robił tego kosztem wła­snej sztuki? Nie wiem, dlaczego właśnie mnie o to pytano. Czy ja jestem specjalistką od życia innych ludzi, od oceniania ich wyborów? Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć – anim ja psychiatra, ani psycholog.

Mądrość życiową osiąga się z czasem. Wiedzę o życiu przyśpiesza tragedia… Osobista, ale i wydarzenia zewnętrzne. Nikifor był ode mnie o pokolenie starszy i umarł wcześniej. Oboje jednak przeżyliśmy dwie wojny. Totalitaryzmy. Może to z racji wieku niektórzy ludzie uważają, że powinnam wiedzieć więcej. Nie wiem, dlaczego Włosiński tak postąpił. Skąd mam wiedzieć? Nie siedzę przecież w duszy innych, nie mnie oceniać ich wybory…

[Po pauzie.]

Może po prostu był przyzwoity. Czy Włosiński poświęcił się dla Nikifora? To niewłaściwe pytanie. Przecież na pomoc bliskim nie potrzebujemy aż tak wiele czasu. Nikifor, jak się oblicza, namalował około czterdzieści tysięcy obrazów, Włosiński – trzynaście, może piętnaście sztuk. Nie sprzedał ani jednego, ale nie cierpiał z tego powodu.

Opieka nad Nikiforem była jednak swoistym dziełem Włosińskiego. Nikifor był chory. Kiedy okazało się, że Nikifor ma otwartą gruźlicę, zamknęły się przed nim domy wszystkich „dobrych ludzi” w Krynicy, ze strachu przed prątkami podobno nawet palono jego obrazki. Dzieląc pracownię z Nikiforem, Włosiński ryzykował nie tylko własnym życiem – miał przecież rodzinę. Dwoje dzieci i żonę.

Nikifor nie chciał iść do szpitala, szkoda mu było czasu, chciał malować. Włosiń­ski, aby umieścić go w szpitalu, musiał wziąć nad nim opiekę prawną. Na tę wiadomość żona wraz dziećmi przeniosła się do Krakowa. Nie pomagały tłumaczenia, że Nikifor jest umierający i ta opieka jest na kilka miesięcy.

Włosiński nie należał do entuzjastów malarstwa ludowego, jednak w miarę jak poznawał Nikifora, zaczynał doceniać jego dzieło. Widział jego żarliwą wiarę, a jednocześnie duchową wolność. Odkrył, że w malarstwie oznacza ona niezależność od opinii, w życiu – brak przywiązania do doczesności i głęboką pokorę. Widział, jak sam jest głę­boko zniewolony przez malarskie wykształcenie – uzależniony do malarskiej tradycji, od ocen i sądów. Od marzeń o sukcesie, o materialnej stabilizacji.

[Aktorka wstaje z krzesła i wchodzi za kotarę, gdzie szybko się przebiera. Zdejmuje spodnie i wkłada spódnicę. Już wcześniej była w eleganckich rajstopach. Boso wraca od stolika. Siada na krześle i wkłada buty na wysokich obcasach. Zmywa resztki charakteryzacji i ponownie maluje szminką usta. Wstaje, biorąc stojącą obok stolika torebkę.]

V. Przy stoliku barowym

[Aktorka przechodzi do stolika barowego. Siada (po kobiecemu) na krześle, zakładając nogę na nogę. Odwraca się w stronę (umownego) bufetu.]

Pani Aniu, mogę prosić jeszcze o kawę? [Po pauzie. Do widowni.]

Nikifor” to film o duchowości artysty, nie o historii. W filmie jest takie ujęcie, w którym Nikifor w ubraniu kładzie się do łóżka i zasypia z bezwładnie opuszczoną nogą, której nie ma siły podciągnąć. Czuć w tym oddech Tajemnicy. Część ludzkiego nieszczę­ścia, nad którym pochyla się Bóg. Oczywiście film wspomina i o wydarzeniach wokół niego. O akcji „Wisła”, o deportacji, paleniu łemkowskich wiosek, ale nie jest to tematem wiodący filmu. Powstało wiele dokumentalnych biografii Nikifora zrealizowanych pod tym kątem, nie było potrzeby, by to powtarzać. Nikiforowi należał się film o jego sztuce. Feldman miała to szczęście, że jej przypadła jego rola. [Pauza.]

Rola Nikifora była największą, najważniejszą rolą Krystyny Feldman. Poznała swego bohatera, ale interesowali ją i inni. Często mówiła o postaci Włosińskiego. Jego przyjaźń z Nikiforem, jego nad nim opieka, jakkolwiek patetycznie to zabrzmi, stała się jego wkładem w malarstwo. W końcu nie ma malarzy, są tylko obrazy. Wiele wczesnych 292 293 ikon, a i gotyckich obrazów nie jest podpisanych, powstawały przez wieki, złożył się na nie trud wielu bezimiennych artystów.

Może i malarstwo Włosińskiego kiedyś zostanie docenione? Może? Niezależnie od tego i tak pozostanie w ludzkiej pamięci. Był artystą, człowiekiem, który potrafił docenić drugiego artystę.

Kiedy artysta jest zbyt uzależniony od świata – pragnienia sukcesu, popularności, pieniędzy – traci talent. Twórczość musi być bezinteresowna. Jeśli chcemy zbyt wiele w zamian – sztuka karleje. Nikifor został hojnie obdarzony talentem; ten kaleka, z językiem przyrośniętym do podniebienia, przytępionym słuchem i nikczemną posturą miał wielką wewnętrzną wolność. Nigdy nie miał dylematów, czy to, co robi, komuś się podoba, czy nie. Opowieści chasydów są pełne bożych głupców, którzy potrafili w synagogach tylko zagwizdać, ale akurat ten ich gwizd Panu Bogu podobał się najbardziej.

[W stronę bufetu. Głośno.]

Pani Aniu, czy był mój syn? [Pauza.] Nie? [Z tonem lekkiej pretensji w głosie.] Do diabła. Ciągle się spóźnia. Ma już ponad trzydzieści lat, a nie potrafiłam go nauczyć, że jeśli się umawia, to powinien przychodzić na czas.

[Do widowni.]

Czym jest sztuka? O czym chciał powiedzieć Nikifor? Włosiński? Co chciała po­wiedzieć Krystyna Feldman? Co ja chcę powiedzieć?

[Wstaje od stolika, wychodzi za kotarę i przynosi filiżankę z kawą. Siada. Słodzi kawę. Po chwili sięga po torebkę i wyjmuje z niej telefon komórkowy. Wybiera numer.]

Michał? No i jak? Ach, przestań… zawsze coś… Za godzinkę? Nie, zostaw. Poja­dę autobusem. Nie, nie tłumacz się… Przecież to nie pierwszy raz. Stało się. O.K. Zobaczymy się w domu. [Odkłada telefon do torebki. Do widowni.]

Sztuka, to swego rodzaju potrzeba. Jestem aktorką. Gram różne role. Feldman miała możliwość zagrać rolę innego artysty, Nikifora. Ja dziś grałam rolę Feldman i Krynickiego

krynickiego malarza. Taki mam zawód.

Jan Józef Szczepański pisał: „Nikifor był samotny – był osobny, nie miał rodziny. I taki bezdomny, ułomny człowiek, mimo upływu lat, skupia na sobie uwagę. To niezwy­kłe. To dzięki wolności, która przerodziła się w akt twórczy najwyższej próby. Wolności, która nie krzywdzi. Wolności od świata.”

[Wstaje. Na scenę wchodzi piosenkarz. Wyciąga rękę w stronę Aktorki. Ta podchodzi do niego. Recytują wiersz.]

Aktorka – Kiedyś skończy się barwny ikonostas Nikiforowych dni

Piosenkarz – Kiedyś zajdzie to ruskie słoneczko za górkę kudłatą

Aktorka – Wejdą do izby dotkną ramienia powiedzą śpi

Piosenkarz – A jego już na ognistym wozie zawiózł do siebie Pankrator

Aktorka – Ale na razie jeszcze uliczką krynicką idzie Nikifor

Pory roku buszują wśród jego starych szmat

I odpędza kijem od wolności swojej

Jak psa najeżony świat

Piosenkarz – Na drzewie świata szumiącym

Zawieszono mu budkę zieloną

Tam sobie gniazdko umościł

Ustrojony złotą koroną

Aktorka – I wyciąga stamtąd głowę jak dudek

Patrzy sobie na głupi krynicki ludek

I maluje spokojnie obrazek za obrazkiem

Zasługując na Boga Łemków coraz większą łaskę

[Piosenkarz wychodzi (w prawo).]

Aktorka – Każdy jest w jakimś sensie samotny, choć może Feldman i ja jestem bliżej ludzi, bardziej wśród nich. Może więcej wokół nas było i jest Włosińskich. A może Krystyna Feldman właśnie czekała na swego Włosińskiego?

Krystyna Feldman mówiła o sobie, że też jest jakimś ewenementem wśród aktorstwa. Nigdy nie miała czegoś takiego, że musiała coś zagrać. W Poznaniu wznawiano dwie jednoaktówki Czechowa: „Oświadczyny” i „Jubileusz”. W „Oświadczynach” grała męską rolę, a w „Jubileuszu” – damską. Wciąż miała plany – mawiała krótko: Panie Boże prowadź dalej tak, jak jest. [Uśmiech. Pauza.]

Ja też wciąż mam nowe plany. To tylko praca, życie. Panie Boże, prowadź.

[Aktorka wychodzi, w tym samym kierunku, co wcześniej Piosenkarz – demiurg.]

Nikifor zmarł 10 października 1968 roku w sanatorium w Foluszu k. Jasła. Żył 73 lata. Pochowany został na cmentarzu w Krynicy. Od 1995 roku czynne jest w Krynicy Muzeum Nikifora.

Krystyna Feldman zmarła w 2007 roku w Poznaniu. Żyła 91 lat.

W monodramie wykorzystałem esej o Nikiforze Jana Józefa Szczepańskiego, kwe­stie z wywiadu przeprowadzonego z Krystyną Feldman przez Dagmarę Romanowską. Ko­rzystałem też z wywiadu Łukasza Maciejewskiego z Krzysztofem Krauze.

Na zakończenie wiersz Jerzego Harasymowicza, Drowniak Netyfor, „Wybór wier­szy”, Wydawnictwo Literackie, 1986, t.1.