Obywatel (z cyklu: Alfabet Artysty) / Marek Weiss Grzesinski

0
88

Sens tego słowa imponuje swoją powagą i godnością mimo wielu prób jej deprecjonowania, co pamiętam głównie z pogardliwego tonu jakim zwracał się do mnie ten i ów milicjant w dawnych czasach. To była wtedy nazwa opozycyjna do elitarnego partyjnego tytułu „towarzysz”, pożyczonego wraz z całym kontekstem ze wschodu.

W krajach postkomunistycznych długo odbudowywaliśmy znaczenie słowa „obywatel” starając się je połączyć z nowym pojęciem „społeczeństwa obywatelskiego”. To był fundament demokracji, której uczyliśmy się na nowo, chociaż wiedzieliśmy, że ten fundament powstał kilka wieków przed Chrystusem i był chlubą ateńskiej demokracji tak brutalnie zduszonej przez imperium cesarzy i ich pretorianów.

Mozolny powrót do przekonania, że obywatele są w państwie najważniejsi był okupiony krwią i błędami wielu rewolucji. Nie wszędzie, tak jak w Holandii, udawało się przekonać prostych ludzi, że ich bieda i brak edukacji nie oznacza, że są elementem gorszym i mniej wartościowym od grup trzymających władzę, pieniądze, wojsko, sądy i policję. Poczucie, że się jest zaliczanym do „gorszego sortu” zawsze działało obosiecznie. Rodziło kompleksy i apatię, ale też często gniew i solidarność, które co jakiś czas przywracały właściwy porządek w społeczeństwach. To trudne procesy, wymagające cierpliwości i zaufania, że demokracja jest piękna, ma sens i ogromną siłę, mimo wielu usterek i manowców na jakie wyprowadzić potrafi ją garstka sprawnie gadających szalbierzy. Obywatele często tracą wiarę w nią i w swoje znaczenie, obserwując jak zwykła, chamska siła fizyczna radzi sobie nawet z potężnymi ilościami solidarnych osobników, z których każdy jest w pojedynkę bezbronny, ale w wielkiej masie powinien być w zasadzie niezwyciężony. Brałem udział w takich licznych demonstracjach i z rozpaczą widziałem, że nie dajemy rady z siłami przemocy. Ale trzeba było cierpliwie czekać, aż nasz zbiór obywateli przekroczy taką masę krytyczną, że nawet uzbrojeni po zęby pretorianie nie będą w stanie wygrać. Tak było w mojej Ojczyźnie, tak było na Majdanie i tak będzie na Białorusi, chociaż dzisiaj wydaje nam się, że tam nawet sto tysięcy ludzi na ulicach, to za mało, żeby pokonać zbrodniczy reżim.

A jednak prędzej, czy później demokracja zwycięży, nawet w Rosji, czy Chinach. Po prostu taka jest naturalna droga ewolucyjna człowieka, że nie tylko rozwija się od Neandertalczyka do Homo Sapiens, ale też od zastraszonego niewolnika do prawdziwego obywatela, świadomego swojej rangi i mocy. Krople drążą skały, a każda prawda, każda myśl o godności człowieka i jego elementarnych prawach kruszy kraty i kajdany. Takie są reguły rozwoju ludzkiej cywilizacji i żaden podły dyktator nie zdoła tego zmienić. A kto uzna mnie za niepoprawnego optymistę i naiwnego marzyciela, temu tylko mogę współczuć, że chwilowo podlega lękom i fałszerstwom. Wierzę, że każdy może odnaleźć drogę do swojego obywatelstwa, jeśli uzna, że ma ono dla jego życia zasadnicze znaczenie. A że wymaga to odwagi i poświęceń? No cóż, wymaga. Za darmo można dostać tylko zupkę w przytułku.

                                                                                      Marek Weiss Grzesinski

Tekst publikowany był pierwotnie na facebooku pana Marka Weiss-Grzesińskiego              [Tu za zgodą autora ]

Obraz wyróżniający: Demostenes. Autorstwa Sting, CC BY-SA 2.5, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=295989