Site icon Miesięcznik internetowy WOBEC Piotr Kotlarz

Moje spory z marksizmem / Piotr Kotlarz

Karykatura „ Piramida systemu kapitalistycznego ” wykonana przez Industrial Workers of the World w 1911 r. krytykująca kapitalizm i rozwarstwienie społeczne. By Artist not credited. Published by International Pub. Co., Cleveland, Ohio. – Uni Hamburg, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=42070118
W 1971 roku, podróżując z Gdańska do Lublina, aby zdawać kolejny egzamin na Wydziale Historii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, odwiedziłem ciotkę i wujka w Warszawie. To właśnie w ich bibliotece zauważyłem wielotomową historię świata przetłumaczoną z języka rosyjskiego. Już wtedy historia przedstawiana przez komunistycznych uczonych wydawała mi się bardzo uproszczona, żeby nie powiedzieć banalna. Później odrzuciłem również próby katolickiego rozumienia historii i nadmiernego podkreślania roli Kościoła w historii.
Różnie toczą się ludzkie dzieje. Z wielu powodów zrezygnowałem ze studiów w Lublinie i przeniosłem się na Uniwersytet Gdański. Życie rodzinne, córka… wiele rzeczy okazało się dla mnie ważniejszych niż nauka, choć nadal była ona jedną z moich głównych pasji. Podjąłem różne prace i zawody. Od 1981 roku zostałem również nauczycielem. Była to praca nisko płatna, więc był to tylko jeden z zawodów, którymi próbowałem rozwiązać swoje problemy finansowe. W sumie pracowałem w różnych szkołach przez dwadzieścia lat. Nawet polubiłem tę pracę. Kontakt z młodymi ludźmi, rozmowy, dyskusje. Myślę, że w wielu przypadkach nasz szacunek był wzajemny.
Wspominam o szacunku, ponieważ okazał się on dość ważny. Podczas nauczania w gimnazjum w Gdańsku na Stogach, przy ulicy Kępnej, wygłosiłem wykład na temat stosunków społecznych w średniowieczu (moja metoda nauczania polegała na prowadzeniu swego rodzaju wykładu, rozmowy z elementami dyskusji). Stosunki wasalne, komendacja… oddanie się pod opiekę innej osoby w zamian za rezygnację z części praw do swojej własności. Coś mi tu nie pasowało. Nie mogłem pogodzić tego z własnym poczuciem godności i niezależności. Przerwałem wykład. Przeprosiłem uczniów i poprosiłem ich, aby spokojnie zajęli się swoimi sprawami. Nie mogłem kontynuować lekcji. Uczniowie nie pytając o przyczyny bez sprzeciwu przyjęli moją prośbę. Był to drugi raz w moim życiu, kiedy tak wyraźnie zetknąłem się z marksizmem.
Kilka lat później w czasie jednych ze szkoleń nauczycielskich (odbywało się w Gdańsku w gmachu I LO) jeden z prelegentów używał pojęcie klasy społecznej. Dodam, że wywodzę się z rodziny kupieckiej, rzemieślniczej. Poprosiłem prelegenta o precyzyjną definicję pojęcia klasy, zwłaszcza pojęcia kapitalista, tym bardziej podkreśliłem, „że dziś mianem kapitalisty określa się nawet handlarką z Hali Targowej w Gdańsku, a jakim mianem określiłby pan syna zbankrutowanego kapitalisty?” – spytałem.
W latach osiemdziesiątych to, że marksizm nie jest nauką, lecz jest ideologią, było dla mnie oczywiste. Wiedziałem też już wówczas, że niesłuszna jest jego teza o pozytywnej roli rewolucji i jej konieczności. Przeciwnie uważałem już wówczas rewolucję za zło, za czynnik regresu w dziejach i wskazywałem, że wszystkie tzw. udane rewolucje kończyły się dyktaturami. Z tego też powodu przeciwstawiłem się tym, którzy dążyli do kolejnej rewolucji w Polsce. Byłem przeciwnikiem zmian rewolucyjnych, uważając za słuszniejszą drogę ewolucyjną, drogę stopniowych przemian. Uważałem, że nawet najszczytniejsze hasła, najwspanialsza propaganda, nie doprowadzą do przyśpieszenia demokracji, lecz przeciwnie skończą się dyktaturą kolejnych elit. Moim zdaniem społeczeństwo polskie stopniowo demokratyzowało się, stopniowo po stratach II wojny światowej i powojennej rewolucji kształtowało nowe elity i nie stać było nas na to, by i je utracić. Dostrzegałem w szeregach tych nowych elit tzw. permanentnych rewolucjonistów (Jacek Kuroń, Adam Michnik1, Władysława Frasyniuk, później zauważyłem, że takim jest też Piotr Ikonowicz) dostrzegłem, że tak naprawdę chcą oni kolejnej rewolucji tylko po to, by samemu przejąć dyktatorską władzę. By narzucać swój model organizacji społeczeństwa. Moim zdaniem, droga do demokracji nie mogła wieść przez rewolucję.
Wreszcie ostatni epizod. Tym razem miał miejsce już w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Mój bliski kolega z czasów lubelskich studiów, Cezary Staniszewski, pracował wówczas w Klubie Studentów Politechniki Warszawskiej „Riwiera-Remont”. Było to wówczas jedno z ważniejszych centrów intelektualno-artystycznych ówczesnej Polski. Cezary prowadził w nim Galerię „R” wystawiającą czołowych polskich artystów oraz klub dyskusyjny, organizując spotkania m.in. z prof. Arturem Sandauerem, prof. Kazimierzem Dąbrowskim, prof. Marią Szyszkowską, Jerzym Grotowskim, Tadeuszem Kantorem… Na większość z tych spotkań miałem zaproszenie Cezarego, nie tylko z powodu naszej przyjaźni, ale również z tego powodu, że Cezary znał moją skłonność do dyskusji, mój zmysł polemiczny i uznawał, że moimi pytaniami mogę nieco wzbogacić jego spotkania.
Bohaterem tego spotkania był prof. Adam Schaff, marksista. Z wykładu zapamiętałem dwa epizody. Pierwszy żartobliwy. Gdy prof. Szaf stwierdził: „wiadomo, że komunizm do Polski przybył na sowieckich czołgach”, z jak zawsze pełnej sali padło pytanie: „a na którym czołgu ty siedziałeś Adamie”, które wzbudziło ogólny śmiech. W drugim i ja miałem swój udział. W czasie wykładu zauważyłem bowiem, że prof. Schaff jak ognia unika określenia błąd, nawet wówczas, gdy zauważył, że zdaniem marksistów do rewolucji powinno dojść najpierw w rozwiniętych krajach Europy Zachodniej, a nie w zacofanej carskiej Rosji.
Po wykładzie profesora odczekałem dwa pytania z sali i zadałem swoje:
Panie profesorze, czy dobrze zrozumiałem, że pan profesor uważa, że Marks popełnił błąd zakładając, że do rewolucji dojdzie najpierw w Europie Zachodniej, a nie w Rosji?”.
Nie spodziewałem się takiej reakcji. Profesor słysząc słowo błąd wpadł w furię. W moją stronę padł stek argumentów ad personam. Kim jestem, że występuje przeciwko uczonemu, który wykłada na Uniwersytecie Wiedeńskim, jak śmiem itp.
Zdałem sobie wówczas sprawę z tego, że istnieje taka kategoria ludzi, którą mógłbym określić mianem „wierzący marksiści”. Ponownie wstałem, krótko stwierdziłem, że na Uniwersytecie Wiedeńskim nie wykładałem, nawet nie studiowałem, ale że nie używam argumentów ad personam i profesorowi za wykład i dyskusję dziękuję i wyszedłem z sali. Wychodząc usłyszałem jeszcze słowa profesora: „To pan nie powiedział, że ja jestem głupi?” oraz wypowiedzi z sali: „Przesłyszałeś się Adamie”, „Oczywiście nie”. Dyskusja szybko się skończyła. Cezary jak zwykle był zadowolony. O jego spotkaniu dzięki mojemu pytaniu długo będzie głośno. Dla mnie ważnym został inny problem, w jak wielu kwestiach Karol Marks się mylił i czy nie stoimy przed koniecznością stworzenia nowej historiozofii?
W efekcie moich poszukiwań powstała książka „Dostrzec sens dziejów” (1989, drugie wydanie 2009) o opinię, której poprosiłem prof. Marię Szyszkowską, którą znalem z jej pracy w PAN i wielu wykładów. Opinia pani profesor Marii Szyszkowskiej znalazła się na okładce, książkę zaś zgodził się wydać w ramach wydawnictw Katedry Nauk o Polityce Uniwersytetu Gdańskiego prof. Andrzej Piskozub, który napisał do niej kolejną opinię.
Była to moja pierwsza próba stworzenia własnej historiozofii. Oparłem ją o aktualną wiedzę historyczną. Dostrzegłem, że wbrew Marksowi państwo nie wyrosło z rozpadu wspólnot pierwotnych na skutek pojawienia się własności prywatnej i podziału na klasy społeczne (posiadaczy i wywłaszczonych), lecz jego geneza tkwiła w podboju. Narzuceniu zwierzchnictwa i zagrabieniu własności jednych społeczeństw przez drugie.
Dostrzegłem też, że z czasem w związku ze wzrostem demograficznym w państwach, które pozostają w stałych granicach musi dochodzić do podziału własności i co za tym idzie podziału władzy. Przykładem antyczne Ateny i historia większości współczesnych państw. Proces demokratyzacji był powstrzymywany z powodu ich ekspansji, gdyż zyskując nowe terytoria proces podziału własności mógł być chwilowo zatrzymany.
Wbrew Marksowi i marksistom nie krytykuję własności prywatnej (szczególnie środków produkcji), widząc w niej źródło wyzysku i konfliktu klasowego.
Jak już wspomniałem, uważam, że pojęcie klasy jest niedefiniowalne. Podobnie pojęcie środków produkcji, czy jest również nimi myśl (prawo do patentów), usługi (np. ubezpieczenia, ale i show biznes, sport). Oceny marksistów to dziewiętnastowieczny anachronizm, propagandowe uproszczenia. Dostrzegłem też, że w historii źródłem konfliktów nie były jakieś wydumane konflikty klasowe, lecz konflikty wewnątrz dynastii, wewnątrz elit panujących. Uznałem, że prawo własności jest jednym z podstawowych praw człowieka. Od niej też, od jej podziału i poszanowania do niej prawa zależy demokracja.
Wreszcie stosunek do rewolucji. Od dziesiątek lat używam powiedzenia „Gdy słyszę o rewolucji to otwiera się mi nóż w kieszeni”. Jestem wrogiem rewolucji, gdyż wiem jak wiele zła przyniosły dotychczasowe, gdyż dostrzegam, że w ich wyniku dochodzi do regresu ustroju. Społeczeństwa, które zmierzały w kierunku demokracji ponownie znajdują się w szponach dyktatury. Tak było zawsze, w rewolucyjnej Anglii, później Francji, Rosji, Niemiec, Chin…
Swą polemikę z marksizmem toczę dalej. Swą nową historiozofię, w której główny akcent kładę na jedność naszego gatunku i jedność cywilizacji podejmuję w kolejnym dziele, nad którym wciąż pracuję, w moich „Dziejach świata”. Dwa pierwsze tomy już wydałem: „Narodziny cywilizacji” obejmujący dzieje do końca czwartego tysiąclecia p.n.e. oraz „Początki państwowości” ujmujący dziele świata od początku trzeciego o do początków pierwszego tysiąclecia p.n.e. To trudne wyzwanie. Przy tym nauka historyczna wciąż się rozwija, wciąż dokonujemy nowych odkryć archeologicznych, wiele wnosi genetyka. Pierwszy tom wkrótce ukaże się w nowym wydaniu (poniżej zamieszczam go w formie PDF-u), również i drugi (jeszcze w grudniu zamieszczę go w „WOBEC” w formie PDF-u).
Zapraszam do lektury, ocen, polemik. Dzięki Wam kolejne wydania (o ile życie pozwoli) będą doskonalsze.
Piotr Kotlarz

1 Później dostrzegłem, że na ich edukację i późniejsze poglądy wpływ mieli nie tylko komunistyczni ideolodzy, ale również pracownicy komunistycznego aparatu bezpieczeństwa, np. małżeństwo Garzteckich. Zdrajca Juliusz Garztecki w 1945 przekazał archiwum kontrwywiadu AK w ręce UB, ujawniając wszystkich znanych sobie pracowników II Oddziału AK. Później był współpracownikiem Departamentu VII Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, kapusiem i agentem, ale i współzałożycielem Klubu Krzywego Koła. Zapewne w celu dalszej inwigilacji i kształtowania przyszłych komunistycznych elit. Od 1976 uczestniczył w kombinacji operacyjnej SB polegającej na powołaniu fikcyjnej organizacji opozycyjnej o charakterze socjalistycznym używającej różnych nazw (Polscy Socjaliści – ogłoszono jej powstanie w 1979, Polska Partia Socjal-Demokratyczna). Celem operacji było najprawdopodobniej przejęcie kontroli nad żywiołowo powstającymi grupkami odwołującymi się do tradycji polskiego socjalizmu niepodległościowego. Zamiar ten nie udał się m.in. wobec podejrzeń odnośnie do Garzteckiego, jakie żywił Jan Józef Lipski, jeden z liderów środowiska opozycyjnych socjalistów w PRL. Niemniej grupa istniała aż do końca PRL.

Książka „Narodziny cywilizacji” jest publikowana na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – Użycie niekomercyjne 4.0 Międzynarodowe. Prosimy o sprawdzenie poszczególnych zdjęć w celu uzyskania szczegółowych informacji o licencjach.

Nar.cyw. 07.07

Exit mobile version