Site icon Miesięcznik internetowy WOBEC Piotr Kotlarz

Mały wielki teatr / Marek Baran

 

Recenzja spektaklu „ONA. Re- konstrukcja”
Na podstawie „Domu Bernardy Alby” Frederica Garcii Lorca
Teatr Gdynia Główna
Reżyseria: Monika Jarząbek

 

Zamiast gwiazdek –  rekomendacja

Zareagowałem owacją na stojąco i z perspektywy czasu uważam, że było to adekwatne do wartości przedstawienia. Bardzo dobry spektakl- takich chciałbym jak najczęściej.

Oszczędna scenografia

Jest ona z jednej strony umowna i ascetyczna a zarazem bardzo wyrazista i bogata. Przeważa czerń w niewielkim stopniu złamana bielą światła i abażurów lamp. Duże wrażenie robi też umowna trumna, której … nie ma. Jest to o tyle ważne, że trumna pojawiająca się na scenie zwiastuje dramatyczne konsekwencje w teatrze. Chodzi tu o pewne przesądy, które nie zawsze działają. Może to być argument za przemyślaną koncepcją scenograficzną, która będąc nieoczywistą nie łamie tradycji i zasad teatralnych.
Scenografię opracowała i spektakl wyreżyserowała Monika Jarząbek.

Przełamanie czerni

Kolorystyczną dominację czerni przerywa jeden tylko akcent- czerwone buty i takież pończochy skrywające się pod długą czarną suknią Adeli. Ten prosty zabieg powoduje, że łatwo identyfikują bohaterkę z ogniem, energią, emocjami.

Dwie przestrzenie

Spektakl zaczyna się w sali będącej foyer teatru. Przed rozpoczęciem spektaklu jesteśmy zaproszeni do stołu, na którym jest kawa, woda i ciasteczka. To mały szczegół, ale w spektaklu jest dużo jedzenia więc warto coś ze stołu skosztować, by później nie czuć głodu. 

Drugi stół zastawiony był bardzo oszczędnie i wyzywająco ale chyba nikt z widzów nie podszedł i nie wiem na ile butelka z alkoholem była rekwizytem a na ile częścią przeznaczoną dla nas – widzów.

Początek

Wśród widzów nagle pojawia się jedna z postaci niespecjalnie rzucająca się w oczy i jeśli nie znamy Marty Jaszewskiej, grającej w tym spektaklu, możemy nie dostrzec kobiety ze zbyt mocnym makijażem. Pojawia się trzeci stół, który okazuje się trumną, za którą wchodzimy w „kondukcie” na scenę właściwą, na której toczyć się będzie pozostała część przedstawienia. 

Osoby dramatu

Poza wspomnianą już Marta Jaszewską grającą Adelę w spektaklu gra Urszula Kowalska w roli matki – Bernardy Alby i Małgorzata Polakowska w roli służącej.
Matka jest osobą despotyczną, jakby obciążoną po śmierci męża odpowiedzialnością za dalsze kierowanie losem rodziny. Nie wiemy czy była taka za życia męża, teraz przejmuje władzę i oczekuje pełnego podporządkowania się jej woli. Bez względu na emocje i namiętności swoich córek.
Czwartą osobą dramatu jest druga córka, której nie zobaczymy na scenie – słyszymy jedynie jej głos. Jest to ciekawy zabieg inscenizacyjny, wymagający od realizatorów wielkiego kunsztu – zapewne jest to głos nagrany, jako że jej właścicielka nie pojawia się na scenie.

Głosy

Głosy w tym spektaklu należą do twórców. Swojego głosu użyczyła Marzena Chojnowska, która stworzyła też scenografię i kostiumy oraz odpowiada za reżyserię światła i dźwięk. W przypadku dźwięku realizował go również Mateusz Krause.
Pozostałe głosy, których nie widzimy, należą do Agnieszki Haponiuk, Eweliny Jasickiej i Olgi Krasoń. 
Zwracam szczególną uwagę na głosy, bo operowanie jedynie nimi jest dużo trudniejsze niż budowanie postaci widocznych w spektaklu. Wiedzą o tym wszyscy, którzy realizowali słuchowiska. Wielu znanych, dobrych reżyserów i aktorów poległo na polu słuchowiska, choć wydawać by się mogło, że jest to prostsze.

Cisza

Być może nie w każdym przedstawieniu tego tytułu jest tak samo ale w czasie realizacji, którą widziałem, widownia zamarła na końcu spektaklu. Wybrzmiały ostatnie kwestie, zagasły wszystkie światła- nastąpiła przerażająca cisza dopełniająca dramat, który śledziliśmy. Wszyscy niemalże znieruchomieliśmy, zatopieni w przerażającym świecie, który mógłby być naszym światem. 

Morska sceneria w tle

W czasie spektaklu odnosiłem wrażenie, że już skądś znam przestrzeń jaką artystom udało się wykreować. Moje skojarzenia są bardzo odległe i chyba dla wielu abstrakcyjne. Jeśli chodzi i temat – skojarzył mi się on z opowiadaniem Lwa Tołstoja „Śmierć Iwana Iljicza” a zwłaszcza jego adaptację teatralną ze wspaniała rolą tytułową nieodżałowanego Krzysztofa Matuszewskiego. Drugie skojarzenia, prawdopodobnie przez czerń zasłon i ciasny klimat – z filmem „Uczta Babette”. Nie wiem czy oba te dzieła były inspiracją dla twórców, ale te porównania są we mnie bardzo silne. 

Najważniejsza scena

Jest kilka, w tym dramatyczna o poniżanej kobiecości, wypowiedziana przez czarną zasłonę scenografii. Jednak dla mnie najważniejsza to scena przy stole kiedy dochodzi do poniżenia własnej córki przez matkę w obecności służby. Scena przerażająca w swoim wyrazie. Matka zasiada ze służącą do stołu, a córka czeka na zaproszenie od matki. Moja uwaga to koncepcja postaci służącej, która jest prowadzona w sposób poprawny, jednak chyba nie dano aktorce przestrzeni do rozbudowania postaci. W innych przedstawieniach aktorki grające tę postać mają scenę, która pokazuje ich pozycję społeczną i rolę w ówczesnych warunkach. Na przykład – w jednej z inscenizacji sprzątają podłogę. W spektaklu „ONA. Re-konstrukcja” zabrakło mi zaznaczenia tej społecznej przepaści i przez to moja ulubiona scena nie zabrzmiała jeszcze mocniej.

Utrata zaufania

Dramat „ONA. Re- konstrukcja” rozgrywa się na kilku płaszczyznach. Możliwych interpretacji i inspiracji do własnych przemyśleń jest zatem wiele. Dla mnie najważniejsza jest proces starzenia się i związane z tym konsekwencje. Przechodząc przez życie zdobywamy kolejne doświadczenia, wiedzę, umiejętności. Stajemy się, jak główna bohaterka spektaklu- coraz mądrzejsi. Niestety w pewnym momencie rozwoju nasze doświadczenie może być dla nas problemem. Tak też dzieje się z Matką. Jeśli do tego dodać choroby neurodegeneracyjne może się okazać, że starość i wynikający z niej autorytet staje się dużym problemem. Zwłaszcza w tradycyjnych społecznościach, w których doświadczenie życiowe jest traktowane jako wartość nadrzędna. Już Platon sugerował, żeby ludziom po pięćdziesiątce nie powierzać zbyt odpowiedzialnych zadań. Obecnie żyjemy dłużej i coraz częściej będziemy spotykać się z osobami, których „nadmiar” doświadczeń utrudnia, zamiast ułatwiać, życie. Wraz ze starzeniem się społeczeństwa może to stać się dużym problemem i warto na to się przygotować. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na scenę szaleństwa świetnie zagraną przez Urszulę Kowalską.

Osoby spektaklu

Spektakl jest jednocześnie świetnym zderzeniem dwóch aktorek starszego (Kowalska) i młodszego (Jaszewska) pokolenia. Urszulę Kowalska pamiętam z filmu „Mewy” gdzie zagrała rolę młodej dziewczyny przy boku doświadczonej aktorki Krystyny Łubieńskiej. Film niestety nie trafił w swój czas – powstał pod koniec PRL-u i został niewystarczająco dostrzeżony w nowej Polsce, w której mieliśmy już inne problemy. Była to adaptacja powieści Stanisława Goszczurnego i gdyby powstał wcześniej byłby kinowym i frekwencyjnym hitem. I to był paradoks tego filmu. Wcześniej adaptacja nie była możliwa ze względów politycznych – władza kontrolująca wszystko (w tym kinematografię) nie była skłonna do realizacji tak odważnych obyczajowo tematów.
Marta Jaszewska to aktorka mająca za sobą debiut w spektaklu „Deszcz” będącej adaptacją tekstu Piotra Kotlarza. Ja miałem okazję zobaczyć ją w monodramie „Maria, Marysia”, którą przygotowała w reżyserii Beniamina Koralewskiego. Spektakl ten był prezentowany na scenie teatralnej Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki. Aktorka gra też w serialach, m. in. „Brokat”, „Klan” – ja miałem okazję zobaczyć ją w epizodycznej roli w serialu „Sprawiedliwi. Trójmiasto”. Mimo, że zagrała niewielką, kilkuminutową scenę zrobiła to w sposób zapadającą w pamięć – zwłaszcza, że reżyser świetnie poprowadził jej rolę i pozwolił na pokazanie talentu.

Bez taryfy ulgowej

Wchodząc do teatru bez milionowych dotacji zwykle staram się dostosować moją optykę do trochę innej sytuacji. Zdaję sobie sprawę z ograniczeń finansowych, organizacyjnych i technicznych. Tak też chciałem zrobić wchodząc do Teatru Gdynia Główna. Jednak było to niepotrzebne – zobaczyłem spektakl na najwyższym, profesjonalnym poziomie, a na dodatek oddający pasję twórców, której nie sposób było nie poczuć. Odnoszę wrażenie, że artystom tworzącym „ONA. Re-konstrukcja” udało się zrealizować swoje wielkie teatralne marzenie. Sobie i widzom ceniącym dobry teatr życzę, żebyśmy jak najczęściej oglądali tak wspaniałe widowiska.

Można bez przekleństw

Stali czytelnicy moich recenzji wiedzą, że jedną z ich części jest dokładne liczenie ilości przekleństw jakie padają ze sceny. Próbuję także ocenić jaki one mają wpływ na dynamikę i ekspresję poszczególnych scen. Tym razem nie miałem czego liczyć, bo nie padło ani jedno wulgarne słowo. Okazuje się, że można zrobić świetny, współczesny spektakl i nie kląć w nim jak w polskim teatrze. Oczywiście oceniam to wyłącznie pozytywnie- brak wulgaryzmów nie wpłynął negatywnie na spektakl, a mnie tym ujął i jeszcze bardziej zachwycił. 

Afisz

Plakat przedstawia twarz przerażonej, a może krzyczącej, kobiety przesłoniętą koronkowym wzorem. Nawiązuje to do scenografii w jakiej oglądamy spektakl – zasłon przez które możemy jakby zajrzeć do domu Bernardy Alby. Jest to symbol zaglądania przez zasłonięte okna do domu i poznawanie ukrytych w nim tajemnic wspólnoty, ale też meandrów psychiki postaci. Plakat jest utrzymany w konwencji czarno-białej fotografii, co również jest nawiązaniem do konwencji scenograficznej. Wszystkie napisy są wykonane ciemną czerwienią wpadająca w sepię. 
Niestety nie wiemy kto jest autorem plakatu – nie został podpisany. To częsty błąd wynikający z traktowania plakatu jako sztuki użytkowej a taką on nie jest. Na szczęście to jest jedyny mankament jaki znalazłem w spektaklu „ONA. Re- konstrukcja”.

                         Marek Baran

 

Exit mobile version