Site icon Miesięcznik internetowy WOBEC Piotr Kotlarz

„Lepszy pijak, ale swój” oraz „wieś jest wasza, ale puszcza jest nasza”. Solidarność i Białowieża cz. 6 / Miłka O. Malzahn

@

Białowieża – kiedyś  mieściły się tu niedostępne dla zwykłych śmiertelników dwory myśliwskie aktualnych władców, przedtem były pradawne osady, o których w zasadzie teraz nikt nic nie wie.  To stąd królowie wyruszali na polowania i tam, gdzie oni ucztowali po udanych łowach, ucztują teraz turyści albo stamtąd właśnie wyruszają na swoje spacerowe trasy. Trasy te nie zaprowadzą ich w niedostępne rejony lasu i nie wyjaśnią tej relacji pomiędzy światem wsi i światem pradawnej zieleni. Wszyscy wiemy, że istnieje podział, bo ostatnie lata to polityczne przepychanki o koncepcję ochrony Puszczy. Z resztą podział ten ma swoje korzenie dużo głębiej a to wpłynęło również na białowieski ruch solidarnościowy… I, jak zwykle, nic tu nie jest takie proste.
Tak tę lokalną przeszłość tak objaśnia mój Tata, Przemysław:
  • Cały ruch polegał na tym, że chcieliśmy zdobyć wpływ na decyzje, czyli na politykę. Ale myśmy tutaj, na tym szczeblu, nic zrobić nie mogli. Zresztą nawet do gminnej rady nie można było być wybranym, bo lepiej „własny pijak, niż cudzy fachowiec”.
  • Tak nam powiedziano – zapewnia Mama. – Jeden z tutejszych, aktywnych wtedy politycznie mieszkańców, będący po stronie administracji, która właśnie ulegała zmianie, powiedział, że „Nie, nie, nie, żadnych takich. Lepszy pijak, ale swój”. Swój, o to było wtedy takie charakterystyczne. W tej chwili to jest chyba rzadsze, mimo że cały czas jest w Białowieży ten podział na „swoich” i „obcych”. Ale nie ma już tego, co było kiedyś, że jeśli przyjechałeś, to już będziesz „obcy”: możesz tu siedzieć, robić swoje, nikt nie będzie przeszkadzał, czyli takie „nie będziemy ci robić krzywdy”, ale też nie masz wpływu na to, co się dzieje na wsi. I myśmy po tych wyborach, powiedziałyśmy sobie z Simoną:  no dobra, to w takim razie wieś jest wasza, ale puszcza nasza. I będziemy trzymać się puszczy, bronić jej nawet przed wami. A we wsi to sobie już rządzicie sam. I tak było przez wiele, wiele lat. Z naukowców, w wiejskie  życie, to nikt się prawie nie angażował. I byliśmy uważani za takich dziwaków:  „chodzą takie po Białowieży, niech sobie chodzą”.
  • Ale w czasach komunistycznych – zauważa Tato – do niektórych zadań ludzie byli angażowani „z klucza”. To znaczy, w gminnej radzie musiała być konkretna ilość i leśników, i naukowców. I na tej tylko zasadzie wchodziło się do rady. Kandydat był jakoś, przez środowisko, także te partyjne, typowany. Między innymi, i ja tak przecież byłem radnym, na tej zasadzie, że trzeba było wystawić trzech leśników. Byłem radnym przez jakiś czas, radnym w tamtym czasie też – śmieje się Tata. – Tak to wyglądało.
Taaak, tak to wyglądało, ale utrzymanie tego podziału nie jest już sensowne, nie jest bezpiecznie, nie jest czymś, co równoważy tę rzeczywistość. Kwestia klimatycznych zmian, kwestia funkcjonowania ludzi na tej planecie, temat zdrowia społecznego fizycznego, psychicznego — stawia pytania, o to, co dalej, skoro ten entuzjazm solidarnościowy nie wygenerował tego, co pozwoliłoby wspólnocie być naprawdę czymś wspólnym. Czymś wyczulonym na sygnały idące od ludzi i od natury, czymś, co potrafi podsunąć rozwiązania niebędące ani rozgrywką lokalnych chciejstw i tęsknot, ani światowej geopolityki. Posolidarnościowa Polska miała być domem spokojnych ludzi, traktujących siebie z szacunkiem i tak traktowanych przez tych, którym zaufała. Tymczasem… Wiadomo, jak jest – w Białowieży przeżywającej teraz turystyczny rozkwit, echo podziału na swoich i nieswoich (bez względu na ich chęci, możliwości i zaangażowanie) nadal odbija się o ścianę lasu i melodia ta nie jest podejmowana. A mogłaby być wspólną pieśnią. Dlaczego by nie?


Exit mobile version