Regionalnie o ludzkim losie
„Katilina” według ks. Leona Heyke
Szemudzka Grupa Teatralna
Reżyseria: Aleksandra Perz i Beniamin Koralewski
Zamiast gwiazdek – rekomendacja
Owacja na stojąca nie jest zbyt przesadna, biorąc pod uwagę entuzjazm i emocje jakie towarzyszą przedstawieniu.
Fabuła jednym zdaniem
Przyjeżdżający studenci oszukują gospodarza, który odwzajemnia się im tym samym a w rezultacie dochodzi do ślubu studentów z córkami gospodarza.
Meandry analizy teatralnej
Opisana fabuła może i powinna wydawać się banalna. Jeśli do tego dodać scenerię karczmy i gburskiej checzy to można potwierdzić postawioną tezę. Jeśli na dodatek zauważyć dydaktyzm postaw mający na celu otwarcie społeczności kaszubskiej to można dojść do wniosku, że mamy do czynienia ze sztuką o banalnym przesłaniu.
Jednak sztuka ta jest godna polecenia i wymyka się takiej kwalifikacji. Oczywiście dla pewnej grupy widzów sfera podążania za wydarzeniami będzie najważniejsza i taki odbiór też jest właściwy. Jednak spektakl „Katilina” ma też głębsze przesłanie i to ono powoduje, że warto wybrać się na niego nie tylko jako na egzotyczną, etnograficzną efemerydę.
Jak w renomowanej karczmie na końcu świata
Na szlaku wielkich kulinarnych wędrówek znajdują się czasami trudnodostępne restauracje, które dostrzegają recenzenci Michelina, przyznają swoją gwiazdkę i koneserzy dobrego jedzenia podążają do tych miejsc rezerwując stolik pół roku wcześniej. Takie porównanie przyszło mi do głowy, gdy wyszedłem ze spektaklu Szemudzkiej Grupy Teatralnej. Kultura teatralna zarezerwowana jest dla dużych miast, które mogą sobie pozwolić na utrzymywanie teatru, od mniejszych ośrodków oczekujemy zwykle kultywowania lokalnych tradycji albo artefaktów etnograficznych. W przypadku Szemudu mamy do czynienia z procesem, który ciężko po jednym spektaklu porównać do Gardzienic ale warto już się mu przyglądać, żeby nie przegapić tworzącego się nowego zjawiska w polskim teatrze. Staram się przy tym co piszę zachowywać jak największą ostrożność ale „Katilina” to wielkie osiągnięcie teatralne i warte jest omówienia.
Do powstania tak dobrego spektaklu przyczyniło się dwóch reżyserów: Aleksandra Perz i Beniamin Koralewski. To oni, będąc doświadczonymi aktorami i reżyserami ze znacznym dorobkiem dostrzegli wśród mieszkańców gminy Szemud ludzi zachwyconych teatrem, których udało się wspaniale poprowadzić.
Autentyczni aktorzy
Wiedząc, że na scenie zobaczę wykonawców bez ukończonych szkół aktorskich chciałem od razu ocenić ich bardziej pobłażliwej niż tych którzy przez lata uczyli się dykcji, artykulacji, emisji głosu i najważniejsze – znających metody i techniki wchodzenia i wychodzenia z roli. Tymczasem w spektaklu „Katilina” zobaczyłem profesjonalnie przygotowanych aktorów i nie potrzebują oni żadnej taryfy ulgowej przy ocenie. Zagrali powyżej średniego standardu jaki zwykle oglądam w profesjonalnych, repertuarowych, teatrach. Nawet potrafię pokazać spektakle, gdzie poziom dykcji aktorów jest gorszy a jeśli chodzi o emisję głosu – pozwolę sobie przemilczeć jakiekolwiek porównania. Wspomnę tylko, że aktorzy nie byli wspomagani mikroportami, co w dzisiejszym teatrze jest normą. A mówimy o sali wielkości porównywalnej do Sceny Kameralnej, Sceny Malarnia i Stara Apteka Teatru Wybrzeże, w których niezwykle rzadko aktorzy nie są wspomagani nagłośnieniem.
W aktorach, którzy są Kaszubami a nie tylko grają Kaszubów jest wielka siła. Ich naturalność nadaje lekkości temu, co oglądamy ze sceny.
Niepotrzebne niepokoje
Pierwszą moją emocją był zachwyt po spektaklu. Obawy o nieprofesjonalnych aktorów były moją drugą emocja. Przez przypadek przed spektaklem rozmawialiśmy o pewnym teatralnym epizodzie, który zaistniał w całkiem innym teatrze. W wyniku zaniedbania aktor musiał zagrać spektakl nie w swoim kostiumie, lecz w innym, przypadkowym, stroju. Wniosek był jeden, że jest to niedopuszczalny błąd, bo aktor musi mieć zbroję, którą zdejmuje po spektaklu i wraca do rzeczywistości. Proces „zdejmowania maski” czasami trwa dłuższą chwilę, nie raz musiałem czekać po spektaklu na aktorów, więc rozumiem konieczność przeciągania tego procesu. Skoro zawodowi aktorzy mają problem z wyjściem z przedstawienia, pojawia się pytanie, czy poradzą sobie z tym amatorzy?
Ze swoimi obawami podzieliłem się nawet z twórcami po spektaklu ale z perspektywy czasu uważam, że niepotrzebnie. A uważam tak z dwóch powodów. Pierwszym jest fakt, że od lat ludzie z małych ośrodków organizują różne przedstawienia – jasełka, pochody Wielkiego Tygodnia z Diabłami w rolach głównych i nic złego się nie dzieje. Drugim argumentem jest fakt, że przedstawienie zrealizowan0 bez narażania aktorów na jakiekolwiek traumatyczne doświadczenia – ich role są neutralne. Wszystko co najbardziej drastyczne reżyserzy osiągnęli innymi środkami teatralnymi. Tragedia wojny nie dotyka bezpośrednio bohaterów- odczuwamy ją przez ruch sceniczny, światło i inne efekty teatralne. Aktorzy odgrywają scenki obyczajowe a prawdziwe emocje twórcy uzyskali mistrzowsko operując swoim warsztatem.
Wysoki próg wejścia
Niestety dla mnie i pewnie większości przyszłych widzów spoza Kaszub problemem jest język kaszubski, w którym zostało napisane i zrealizowane przedstawienie. Język kaszubski jest podobny do polskiego ale to jego niezrozumiałe niuanse decydują o odbiorze dowcipu. W wielu przypadkach znajomość języka jest niekonieczna do zrozumienia sceny. Miałem szczęście siedzieć za dwoma widzami, z których jeden tłumaczył niektóre kwestie i dlatego wiem między innymi, że placki ziemniaczane zostały posypane cukrem a nie solą. Sam fakt posypywania widziałem, a czy był to cukier ma wtórne znaczenie. I tak w tym spektaklu było kilkakrotnie – nie rozumiałem sensu słów, rozumiałem uniwersalny język teatru- gest, inscenizację i to wystarczyło.
Podobne wrażenie miałem oglądając spektakle w czasie Festiwalu Szekspirowskiego. Co prawda nie widziałem kultowej, pełnej wersji japońskiego Hamleta bez tłumaczenia, ale oglądanie „Burzy” po włosku albo „Henryka VIII” po węgiersku pamiętam do dzisiaj. Półtoragodzinną, skróconą wersję „Amletto” też. Może dzięki tym doświadczeniom udało mi się tak dobrze przyjąć spektakl, którego większości słów nie zrozumiałem. Pod tym względem uspokajające mnie uwagi nie okazały się na wyrost.
Potęga początku i zakończenia
Spektakl rozpoczyna się dynamiczną sceną z zapadającym w pamięć układem choreograficznym. Otwierająca się kurtyna, układ świateł i postać tworzy klimat, który później radykalnie się zmieni ale potrafi wykreować niesamowity świat.
Zakończenie jest szczególnie dramatyczne. W spektaklu kilkakrotnie pojawia się obsesyjna obawa przed wojną. Utwór został wydany w 1937 roku i I wojna światowa była wówczas dla autora traumatycznym wspomnieniem największego wówczas kataklizmu, a aktualna sytuacja w Europie prawdopodobnie wywoływała też obawy co do przyszłości pokojowego współistnienia narodów. Zakończenie to powrót do początkowej, przerażającej, gęstej atmosfery. Przeczucie autora okazało się prorocze. Ks. Leona Heyke dwa lata po napisaniu „Katiliny” został zamordowany przez Niemców w Lesie Szpęgawskim.
Marek Baran
Autor zdjęć: Marek Baran.

