Site icon Miesięcznik internetowy WOBEC Piotr Kotlarz

Dziesiątka / Gabriela Dudek

Dziecko na ulicy nie przestawało się uśmiechać. Chłopczyk, ma około trzy latka, wełniana czapka z uszkami, wielka puchowa kurtka w kolorze bardziej żółtym niż majowe słońce. Obok niego przykucnęła kobieta w czerwonym berecie, pokazuje chłopczykowi palcem wielką koparkę na ulicy. Wielka łyżka opada i podnosi się, zrywając płaty asfaltu z ulicy. Chłopiec przyklaskuje w dłonie, nie mogą zmieścić w sobie całej tej ekscytacji. Chciałaby żeby ktoś jej tak kibicował jak to dziecko kupie żelaza jaką jest koparka. Ogląda tę scenę z okna kamienicy na drugim piętrze, tuż ponad i naprzeciwko tej trójki bohaterów dnia dzisiejszego. Oparta o ścianę, z kubkiem czarnej kawy, która zdążyła wystygnąć. Kobieta wstaje, rozprostowuje płaszcz, poprawia beret i bierze dziecko za rękę. Wraca myślami do swoich obowiązków, do sterty prania, która czeka na nią w domu, do tej zwiotczałej cukinii w lodówce z której w końcu trzeba coś zrobić – może by tak dzisiaj leczo na obiad, mały lubi, ale mąż wolałby pewnie jakiś porządny kawał mięsa. Ciągnie niechętnego, wyglądającego jak miniaturowy ludzik michelin malucha za rękę – zahipnotyzowany mały nie patrzy pod nogi tylko na olbrzyma aż nie straci go z pola widzenia. Przechodzą przez pasy, chłopiec pokazuje rączką psa po drugiej stronie ulicy, zapomniał już o koparce, teraz zwierzątko na smyczy jest jego obiektem adoracji. Głód. Alicja myśli, że jest głodna. Odprowadza wzrokiem kobietę w berecie i chłopca w za dużej kurtce, spogląda na talerz z nadgryzioną grzanką z dżemem, krzywi się – nie, nie taki głód.

Ciekawe jak ma się tata, jak mama. Nie dzwoniła do domu od dłuższego czasu. Jest w tych telefonach coś, co ją boleśnie odrzuca –  nie do matki, to coś innego, coś ją przeraża, jakieś rozdarcie. Pamięta czasy kiedy była dzieckiem i ojciec sadzał ją na swoich kolanach prowadząc auto, jadąc jakieś dziesięć na godzinę, po pustych bezdrożach. Mała Alicja brała w sowje małe pulchne rączki kierownice z największym poczuciem honoru i odpowiedzialności, z poważnym wyrazem na zaróżowionej buźce. Czerwony ford sierra jechał statecznie i prosto pod opieką małej poważnej Alicji. Tata i tak trzymał kierownice od dołu, tak żeby nie widziała i miała poczucie samodzielności. Nie wiadomo kiedy rodzice puścili kierownice całkowicie, a wszystko zaczęło się rozpędzać coraz bardziej, poczucie kontroli za dzieciaka było słodkie jak pianki z ogniska, z wiekiem – robi się mdlące, lepiące i duszne. 

Głęboki wdech, mrugnięcie kilka razy, spędzając resztki zamyślenia z pola widzenia i proste plecy dla uziemienia ( w końcu jesteśmy jedynie prądem jonowym przepływającym w sieci neuronów, każdy prąd potrzebuje uziemienia – inaczej jest niebezpieczny), ostatni szybki łyk zimnej kawy. W lustrze poprawia niewidoczne zmarszczki na czarnym golfie i wełnianych spodniach w kant, zakłada kolczyki – prezent na osiemnaste urodziny, pierwsza wartościowa rzecz, którą posiada całkowicie dla siebie, złote błyskotki – czysta próżność, a jednak sprawiała, że czuła się odrazu pewniejsza siebie. Zamknęła kalendarz w którym już miała zapisane listę rzeczy “to-do” i “tasków” na cały następny tydzień. Zamknęła wszystkie płynne, abstrakcyjne określenia jak czwartek, piątego dnia miesiąca, po sesji, przed spotkaniem koła naukowego. Znów się skrzywiła, rzeczy, które tak mocno umieszczały ją w czasie, utwardzony we własnej postaci jak marmurowy posąg – nagle stały się bezkształtną masą, zlały się ze sobą w nieokreśloną przyszłość czasu. Torebka, płaszcz, klucze, telefon, portfel. Wszystko na swoim miejscu. Wychodzi na tramwaj na przystanek Dworzec Nadodrze, zwykle przechodzi na skróty przez park staszica, ale żeby to zrobić musi minąć koparkę, byłą sympatię żółtego chłopczyka. Z dołu jest większa, brudniejsza i o wiele wiele głośniejsza. Cała Pomorska jest rozkopana, rozryta, w stanie absolutnego chaosu. Wszędzie grudy ziemi, betonu, kostki brukowej i wystające z błota szyny tramwajowe, urwane – nie prowadzą już do nikąd. Oddziela to akurat kamienice dawną Rosenthalenstrasse 26 od reszty Nadodrza, od ulic pełnych ludzi i aut. Około dziesięciometrowy pas ziemi niczyjej między granicami państw, okopów wojennych, strefy ochronnej rezerwatu.  Przechodziła przez bramę w ogrodzeniu z żelaznego pomarańczowego drutu, tego niewielkiego parku, kiedy przyszła jej na myśl ciekawa analogia do linii Z w przewodzie pokarmowym. Nabłonek wielowarstwowy płaski w przełyku zmienia dość gwałtownie przed wpustem żołądka w nabłonek walcowaty charakterystyczny dla tej struktury anatomicznej, sprawia to oddzielenie widocznej wyraźnie pod mikroskopem już w małym powiększeniu granicy – linii Z, to miejsce jest najbardziej narażone na proliferację komórek nowotworowych. 

I tak przypominając sobie w myślach fakty anatomiczne i histologiczne, wsiadła do tramwaju i zajęła najbliższe miejsce przy oknie. Był to jeden z tych staruszków z czerwonymi plastikowymi siedzeniami, okropnie niewygodnymi i żółtymi poręczami. Bezwiednie, z automatycznością spadkobierczyni wirtualnego dziedzictwa generacji Z, wzieła do ręki smartfon i otworzyła aplikacje instagrama. Ukazały się tam kółeczka z czerwoną obwódką krzyczące o tym, że ktoś udostępnił coś nowego, co nie daj Boże użytkownik może przegapić. Koleżanka z liceum dodaje zdjęcie dziecka w wózku z podpisem “mój aniołek”, znajomy z SKNu jest na Erasmusie w Hiszpanii, chwali się plakietką “young doctor” z konferencji onkologicznej w Barcelonie, jakaś influencerka w drucianych okularach poleca trzy najlepsze książki samorozwojowe na grudzień, inna blondynka “Isabella” z za dużym lip fillerem reklamuje opięty różowy strój na siłownie – to relacja sponsorowana, oczywiście Alicja nie obserwowałaby kogoś tak próżnego, z obsesją na punkcie nadążania za standardami perfekcyjnej kobiety,  dyktowanymi przez mizoginistyczne społeczeństwo.  Prychnęła na jej widok, obrażona, że algorytm może myśleć, że obchodzi ją ktoś taki. Zamknęła instagram, kliknęła małą czerwoną ikonkę pinteresta, patrząc delikatnie wokoło czy nikt z pasażerów nie jest w stanie zajrzeć jej do telefonu z nieśmiałością trzynastolatka oglądającego strony pornograficzne. To była jej mała słabość, oglądanie zdjęć i estetycznych obrazków, połykała obrazy wyromantyzowanych zwykłych czynności innych ludzi, żyć, które tak naprawdę nie istniały, które były jedynie na pozór, które były sklejane z innych pozowanych żyć. Takie patchworkowe strony, idealnie dopasowane do jej wymarzonej wizji świata, który chciała dla siebie stworzyć. Smukłe wiecznie młode, zdrowe kobiety o umysłach ostrych jak brzytwa, uśmiechające się do obiektywu, robiące yogę, idące przez ulice w długich płaszczach i ciemnych okularach, bezsprzecznie modne – idą tak jakby zawsze miały dokąd, jakby już się spieszyły osiągnąć kolejny sukces, jakby bruk po którym stąpają należał do nich, rozmawiają i uśmiechają się tak jakby wiedziały dokładnie czego chciały i zawsze to zdobywały, nieważne jakim kosztem. Te perfekcyjne istoty, ich bogate hotele i biura, ich idealnie minimalistyczne domy, ich biblioteczki zapełnione książkami podsycającymi intelekt – żadnych romantycznych bzdur, ich kalendarze i planery zapełnione estetycznie i czysto. Przewijała kciukiem taśmę prostokątów, które zlewały się w szarości, biały, czarny chłodne zgaszone odcienie błękitu, zieleni i beżu i dodawała sobie tym otuchy, było w tej wstydliwej dla niej czynności coś co dawało jej dziecięcą radość, bo żyła życiem tych fikcyjnych stworzeń i wmawia sobie, że ona też zbuduje sobie takie życie. “Inspiracja”, “motywacja” i te inne nadużywane słowa pojawiały się wtedy w jej głowie. Wystarczy. Schowała smartfon do kieszeni płaszcza.

 Wyjęła święty kalendarz z torebki, najpierw na pocztę odebrać awizo, pewnie prezent dla przyjaciółki na urodziny już przyszedł, potem oddać książki do biblioteki i wypożyczyć zarezerwowaną Kardiologię i EKG, odebrać płaszcz z pralni. Ach tak jeszcze przydałoby się do apteki podskoczyć. Musi się wyrobić do czternastej, bo po południu zaplanowaną ma naukę.  Wyjęła długopis i już zaczyna dopisywać kolejny kwadracik, kiedy przypadkowe zerknięcie przez okno wprowadziło ją w konsternację. “Gdzie u licha ja jestem”.

Za oknem zniknęły już stare wysokie kamienice, brudne okna, ciasne wybrukowane uliczki, zniknęło niespodziewanie Śródmieście. Szeroka dwupasmówka i jakieś nowoczesne bloki, przeszklone i surowe. Jest w którejś z nowszych części miasta. Na twarzy Alicji pojawił się bardzo dziwny wyraz zdezorientowania i strachu. Ciało przeszedł dreszcz, kiedy rozglądała się nerwowo do tyłu i do przodu, próbując znaleźć coś znajomego, jakiś punkt odniesienia. Tramwaj z trzeszczeniem torów zatrzymał się i Alicja pośpiesznym ruchem chowając święty kalendarz i długopis do torby wybiegła z wagonu. Odjeżdżający tramwaj miał z tyłu małą białą tabliczkę z numerem 10. Tabliczka przy przystanku mówiła – Bajana. “Bajanie to jest ta cała niedorzeczna sytuacja.” Strach zniknął, pojawiła się złość. Jak mogła wsiąść do złego tramwaju, idiotka. I to jeszcze przejechać tyle przystanków bez zorientowania się, zapatrzona w ten głupi świecący prostokąt. Ten sam świecący prostokąt wyciągnęła też teraz, żeby zobaczyć gdzie jest. Niebieska kropeczka GPS na mapach google znajdowała się o wiele dalej niż centrum. “Jezu Chryste” . Prychnęła ze złością znowu, tak jak robiła to zawsze jej matka. Włożyła ręce do kieszeni i ruszyła do następnego przystanku, z którego za dziesięć minut miał jechać autobus z powrotem do centrum. Traf chciał, że z Bajana nie odjeżdżało nic w ciągu najbliższej godziny. Przystanek mieścił się przy parku, wyglądającym na bardzo stary, jeden z tych przedwojennych. Ruszyła więc nerwowym krokiem, z rękami w kieszeniach, kwaśnym wyrazem twarzy, klnąc w myślach swoją nieodpowiedzialność i tramwaj numer 10, i kierowcę tramwaju, i pasażerów, całe miasto, i cały ten świat. Postanowiła, nie tracić więcej czasu i pójść skrótem, który prowadził przez cmentarz. Złościła się też na siebie, że jej ciało tak dziwnie zareagowało na ten incydent, że poczuła strach tak silny, jak dziecko, a przecież ani nie była dzieckiem, ani nic jej nie zagrażało. To takie głupie i niepotrzebne. Za każdym razem, kiedy jej emocje wyślizgnęły się niespodziewanie spod zbroi, którą tak dzielnie budował przez tyle lat byle tylko nie stać się niedojrzałym emocjonalnie nieudacznikiem, żeby dojść do czegoś, karciła się w myślach, szarpała mocniej za łańcuch bestii. Tak, to dobre słowo. Emocje to była w jej głowie Bestia. Pierwotna, barbarzyńska, dzikus, kula u nogi cywilizowanego człowieka. Przerażało ją, że kiedyś łańcuch może wyślizgnąć jej się z rąk i Bestia pożre ją całą.

Pierwsza brama w ogrodzeniu z czerwonej cegły była zamknięta na cztery spusty, a od góry opleciona drutem kolczastym. “Co za nonsens, trzymają zmarłych jak w Alcatraz żeby im przypadkiem nie uciekli?” Przeszła parę metrów dalej, zniecierpliwiona do drugiej bramy, uchylnej na pięć centymetrów, również z drutem kolczastym. Przekroczyła więc próg cmentarza ze szczególną uwagą, bo nie była przecież głupia, musi być powód, dlaczego ktoś tak strzegł tego miejsca. Nie żeby Alicje to obchodziło, chciała po prostu przedostać się na Popowicką i pojechać na tą nieszczęsną pocztę i do nieszczęsnej biblioteki i do nieszczęsnej pralni. A tak i do nieszczęsnej apteki by się przydało. Cholera, zapomniała w końcu zapisać w świętym kalendarzu i z jakiegoś względu wyprowadziło ją to z równowagi jeszcze bardziej. Sama jesteś sobie winna, następnym razem łaskawie patrz gdzie jedziesz.

Podskoczyła. “Boże, co jest ze mną nie tak.” 

Z budy zakrytej jakimiś krzakami wyszedł stary człowiek, był pochylony, dwudniowy na oko zarost w kolorze srebra na pomarszczonej bladej twarzy i czerwony nos. Na niebieskim polarze wisiał pasek na szyi z pękiem kluczy. Twarz ukazywała lekko szydzący grymas.

I tak opowiadał o tym jak było przed wojną, jakich ludzi tam pochowano, w jaki sposób. Póki nie zaczął mówić, Alicja nie zauważyła, że jest to cmentarz żydowski. Gwiazdy dawida na płytach nagrobnych, nigdzie nie było żadnych krzyży i białych aniołków. Bardzo piękny.

Mówił to z taką lekkością, a dziewczynę przeszedł dreszcz. “I w końcu nad miejscem, gdzie upadł, tworzy się gładkie zwierciadło wody, gdzie znowu przebiegają fale, lecz zrodzone już w innych punktach, wywołane przez kogo innego.”… zabrzmiały cudze słowa w głowie dziewczyny. I zobaczyła porośnięte mchem, zakurzone pomniki, czasem złamane, odsłaniające swoje mroczne podziemne wnętrza, zakurzone czasem. I zobaczyła wyryte tytuły przed nazwiskami, płytkie rzeźbienie w kamieniu.   A  staruszek mówił i mówił…

Dopiero po czasie, kiedy minęła godzina może dwie, zaczęła zauważać, że cała trzęsie się z zimna i że szczęka zębami. Stojąc tak w miejscu na zimnie w listopadowy dzień, można zamarznąć. Owinęła się szczelniej płaszczem i założyłą ręce na piersi. Nagle książki w torbie przeznaczone do biblioteki zaczęły niezmiernie ciążyć na ramieniu, skrzywione ich ciężarem plecy zaczęły boleć. Ciało zaczynało domagać się uwagi. I pomimo tego, jakoś dziwnie nie chciało jej się opuszczać tego miejsca. Z wahaniem, powoli, zaczęła kierować się w stronę bramy. Starzec zanurzony w swojej opowieści, przeraził się tym, wydawał się zrozpaczony tym, że jedyny żywy człowieka od dawna zamierza go opuścić. Że ta chwila dobiegnie zaraz końca i będzie zmuszony wrócić do ciemnej i smutnej budy. 

Alicja zorientowała się własnie, że nie zna nawet imienia tego człowieka. Że nigdy więcej już go nie zobaczy i wydawało jej się to magiczne. Fakt, że ludzie tak losowo wpadają i wypadają z linii czasu innych osób, które są sumą doświadczeń takich jak te – przypadków, które na pozór nie mają znaczenia. Zamykając za sobą bramę ogrodzenia, podniosła głowę i zobaczyła znikąd tramwaj numer 10, do centrum, stojący przy przystanku Bajana.  Zaśmiała się pod nosem, głupio i trywialnie. I nie wsiadła do tego tramwaju. I spokojnie patrzyła jak drzwi się zamykają i dziesiątka odjeżdża. Zaczęła iść wzdłuż parku w stronę centrum, żeby się rozgrzać przyspieszyła kroku. Stare mocne drzewa porośnięte mchem obok małych dziecinnych szczepek świerków, samosiejek. Powykrzywiane czarne nagie konary, na tle szarego gołębiego nieba. Gałązki układające się w sieć, szatkujące nieboskłon ponad jej głową, stado gołębi zataczających koła nad szarymi obdartymi blokami na drugiej stronie ulicy, jeden biały pośród kilkunastu stalowo-srebrnych, który dziobał ziarno, nie wiedząc o swojej wyjątkowości, o tym, że przez przypadkową krzyżówkę genów stał się zwierzchnikiem “nieprzypadkowości” i głębi, w którą Alicja zaczynała wierzyć. Rudy kot, który przebiegł jej drogę. Starsza Pani z siatką z biedronki na ziemniaki w chustce w czarno-białe kropki. Wszystko stanęło w krzywym zwierciadle, poczęło się falować i wić, coś zaczęło gnieździć się w spojówce dziewczyny, jak odłamek lodu w oku Kaia. Skostniałymi dłońmi wyciągneła z kieszeni telefon.

Zanim zdążyła się zorientować, łańcuch Bestii zaczął ześlizgiwać się z futrzastej, miękkiej szyi…

                                               Gabriela Dudek

 

Obraz wyróżniający: Obraz Henryk Niestrój z Pixabay

Exit mobile version