„Żyję pomiędzy dwoma światami: moje ciało jest tutaj, ale moja dusza jest nadal tam, w Gazie”.
Okno pokoju w mieszkaniu, w którym obecnie mieszkam, wychodzi na rozległe zielone pole. Wyglądam i próbuję przekonać samego siebie, że jestem w bezpiecznym miejscu. Nie ma tu gruzu. Nie ma gruzu. Nie słychać eksplozji. Nie ma pyłu śmierci wiszących w powietrzu. Pole jest ciche, uporządkowane, skąpane w delikatnym słońcu, jakby nie wiedziało, że świat płonie.
Ale wciąż patrzę oczami, które były świadkami zniszczenia. Zielone przestrzenie przypominają mi spalone ziemie, ulice, które stały się cmentarzami, i domy, które zawaliły się na swoich mieszkańców bez pożegnania. W każdej ciszy słyszę krzyki. Na każdej otwartej przestrzeni widzę przeludnienie spowodowane wysiedleniami i duszność, którą znosiliśmy w namiotach.
Ponad 660 dni ludobójstwa. Prawie 570 z nich przeżyłem w Gazie, pod bombardowaniami, wśród gruzów, między głodem a śmiercią. Teraz spędziłem prawie 100 dni w Marsylii. Przeżyłem Gazę, ale tak naprawdę jej nie opuściłem.
Rita Baroud/TNH
W Marsylii wszystko lśni. Wybrzeże jest zalane światłem, jakby słońce postanowiło tu na stałe zamieszkać. Targowiska pełne są świeżych warzyw, ciepłego pieczywa i twarzy, które nigdy nie zaznały znaczenia kolejek ani nalotów. W oknach kawiarni odbija się śmiech, muzyka, wzniesione kieliszki i rozmowy wolne od strachu. Wszystko tu żyje, oprócz mnie.
Czuję się przygaszona. Chodzę wśród ludzi jak ktoś, kto zapomniał, kim jest, albo jak ktoś odgrywający rolę napisaną w języku, którego nie zna. Moje ciało udaje, że przynależy. Ubieram się stosownie do pogody. Używam odpowiednich słów w odpowiednich sytuacjach. Mówię „bonjour”, gdy kogoś spotykam, i „merci”, gdy ktoś mi coś podaje. Kiwam głową i uśmiecham się, gdy nie rozumiem i udaję, że rozumiem. Uczestniczę w spotkaniach, piszę artykuły, odpowiadam na e-maile, wysyłam raporty.
Wszystko wydaje się normalne, uporządkowane, uspokajające. Ale prawda? Żyję pomiędzy dwoma światami: moje ciało jest tutaj, ale moja dusza wciąż jest tam, w Gazie.
Kiedy wchodzę do dużego supermarketu, robi mi się niedobrze. Obfitość mnie przytłacza. Chcę krzyczeć: „W Gazie ludzie dzielą się jednym kawałkiem chleba!”. Ale nikt nie słyszy, a może nikt nie chce słyszeć. A kiedy wracam do domu, załamuję się. Przestaję udawać. Zdejmuję maskę. Staję się ciszą – kamieniem, który nie mówi. Wpatruję się w sufit, w białe ściany pokoju, w pustkę. Żadnych łez. Żadnych słów. Tylko odrętwienie.
Cicha obietnica
Marsylia jest piękna, owszem. Ale zupełnie do mnie nie podobna. Nie wie, co to znaczy urodzić się na wojnie, dorastać pod nalotami, kochać w strachu, pisać z namiotu, przetrwać i żałować.
W każdej chwili dni, które tu spędzam, niosę Gazę na ramionach jak górę, która nigdy nie zwiędnie. Odgłosy ostrzału prześladują mnie, nawet gdy panuje cisza. Zapachu śmierci – bez względu na to, jak delikatny jest wiatr – nie da się zagłuszyć zapachem tego miasta.
Dzięki uprzejmości Rity Baroud
Wina jest moim cichym towarzyszem. Budzi się ze mną każdego ranka, zanim jeszcze otworzę oczy. Szepcze mi do ucha: „Jesteś tutaj, a oni wciąż tam są”. Podąża za mną na targ, do kawiarni, na pocztę. Kroczy obok mnie jak ciężki cień, który nigdy nie znika. Kiedy kupuję coś prostego – kawałek czekolady, książkę, koszulę – uderza mnie. Słyszę jego głos w środku: „Potrzebujesz tego? Kupiłbyś to, gdybyś tam jeszcze był?”.
Nie potrafię czuć radości. Sama radość stała się formą zdrady. Ale staram się – nie tłumić poczucia winy, ale z nim żyć. Próbuję sobie przypominać, że nie wybrałam przetrwania. Zostało mi ono narzucone.
Piszę. Mówię. Dokumentuję. Opowiadam historie. Bo to jedyne, co mogę dla nich zrobić stąd. Nie mogę wysłać chleba, ale mogę wysłać słowa. Nie mogę zatrzymać pocisków, ale mogę krzyczeć ich głosem. Za każdym razem, gdy wkrada się myśl, że ich porzuciłam, przypominam sobie, że prawdziwa zdrada zaczyna się, gdy milczymy.
Podnoszę więc głowę, żeby napisać nowe zdanie. Otwieram mikrofon. Wysyłam zdjęcie. Przygotowuję nowy utwór. Staram się, żeby to poczucie winy było paliwem, a nie łańcuchem. Poczucie winy nie znika, ale się transformuje. Zmienia się z czystego bólu w siłę napędową, z bolesnego pytania: „Dlaczego tu jestem?” w cichą obietnicę: „Dopóki tu jestem, nie zapomnę o nich”.
Jestem pomiędzy
Czasami chcę naprawdę żyć. Wtopić się w tłum. Wyjść z nowymi przyjaciółmi. Śmiać się prosto z serca. Biegać po plaży, nie dławiąc się tęsknotą. Chcę pozwolić sobie na odrobinę spokoju, na chwilę zapomnienia. Ale za każdym razem, gdy zbliżam się do życia tutaj, czuję, że zdradzam coś głęboko w sobie. Niemal słyszę szept stamtąd: „Nie zapomnij o nas”.
W Marsylii zaproszenia są nieograniczone – na imprezy, wystawy, kolacje w domu, na dyskusje kulturalne. Czasami chodzę. Siedzę z nimi, jem, słucham, uśmiecham się. Ale coś we mnie nie chce się przyłączyć. Czuję się, jakbym siedziała pośród nich w pożyczonym ciele. Mój śmiech nie pochodzi z serca. Pochodzi gdzieś z daleka, z oderwania. Patrzę na ich piękne twarze, na ich pewne dłonie, na ich oczy, które nigdy nie widziały krwi, i czuję, że dzieli nas ocean.
Boję się zapomnieć – nie dlatego, że nie zasługuję na życie, ale dlatego, że życie tutaj nie wie, skąd pochodzę. Boję się, że moja twarz zblaknie, jeśli za bardzo się zanurzę, że mój głos stanie się zbyt cichy, by móc krzyczeć, że zmienię akcent albo przytłumię smutek, by ich nie zakłócić.
Chcę żyć, ale nie chcę pozbywać się wspomnień. Chcę kochać, ale boję się, że nikt nie zrozumie, że moje serce jest pełne grobów. Chcę odnieść sukces, ale nie chcę być traktowany jako symbol triumfalnego przetrwania. Tak, przetrwałem – ale nie jest ze mną dobrze.
Jestem pomiędzy – pomiędzy tymi, którzy odeszli, a tymi, którzy zostali, pomiędzy kimś, kto próbuje żyć, a kimś, kto boi się zapomnienia, pomiędzy dwoma językami, dwoma życiami. I nie wiem, który z nich jeszcze posiadam, a który już straciłem.
Są tam moi przyjaciele, ci, z którymi kiedyś śmiałem się w spokojny wieczór, z którymi dzieliłem jeden kęs jedzenia i długie, bezsłowne spojrzenia. Reszta mojej rodziny też tam jest – pod bombardowaniami, głodem, długim oczekiwaniem na to, co nigdy nie nadejdzie.
A ja? Żyję tu, w zimnej izolacji. Nic nie robię, tylko płaczę. Nic nie wypełnia mi czasu bardziej niż płacz, jakbym próbowała zmyć pamięć łzami, ale nie mogę. Kiedy ktoś pyta mnie o Gazę, nie znajduję słów. Płaczę. To wszystko. Patrzę im w twarze i wiem, że nigdy nie zrozumieją, nawet gdybym tysiąc razy tłumaczyła.
Co mógłbym powiedzieć? Czy powinienem opisać, jak ludzie są grzebani żywcem, jak dzieci stają się liczbami, czy jak ludzie opanowują język żałoby, zanim nauczą się pisać?
Jedzenie, nie mogę go dotknąć. Siedzę przed posiłkiem i widzę pole bitwy. Widzę krew, poszarpane kończyny, krzyki matek. Czuję zapach chleba i pamiętam krzyki ludzi goniących za workiem mąki. Pamiętam talerz soczewicy, którą dzieliliśmy się jak skarbem, i mleko, którego nigdy nie znaleźliśmy. Każdy kęs wydaje się zdradą. Czuję się, jakbym ukradł komuś prawo, jakbym wykąpał się w wodzie, którą powinienem był wypić tam.
Czasami nienawidzę swojego ciała za to, że wciąż żyje. Nienawidzę go, bo ono przetrwało, a one nie.
Poczucie bezradności
Mieszkańcy Gazy niczego już nie pojmują – nie dlatego, że nie rozumieją, ale dlatego, że zrozumienie stało się kolejnym nieznośnym ciężarem. Jak wytłumaczyć śmierć, skoro jest ona wydarzeniem codziennym? Jak nadać sens bombardowaniom, skoro powtarzają się one tysiące razy bez końca? Jak odróżnić smutek od pustki, oczekiwanie od poddania się, wściekłość od odrętwienia?
Ludzie tam już niewiele mówią, nie dlatego, że nie mają nic do powiedzenia, ale dlatego, że słowa straciły na wartości. Żyją w półświadomości, półżyciu, bez pytań i sprzeciwów. Widzisz, jak przemieszczają się między namiotami i schronieniami niczym chodzące ciała, ale ich dusze pozostały gdzie indziej. Nawet emocje zniknęły. Strach, smutek, gniew – wszystko to rozpłynęło się w gęstej ciszy.
Dzięki uprzejmości Rity Baroud
Twarze, które znam, już nie są takie same. Oczy są przyćmione, spojrzenia zagubione, odpowiedzi ograniczone do absolutnego minimum, jakby całe miasto spało w zbiorowej śpiączce i nikt nie chciał się obudzić – bo przebudzenie bolałoby bardziej.
Kiedy rozmawiam tam z moimi bliskimi, nie słyszę żadnych skarg. Narzekanie wymaga nadziei, a oni już jej nie mają. Już na nic nie czekają. Po prostu żyją dniem, bo dzień jeszcze się nie skończył.
Wszystko jest ciężkie: powietrze, wiadomości, ekrany, twarze, sen – nawet moje własne serce. To tak, jakbym żył, dźwigając Gazę na plecach. Żadnego odpoczynku. Ani chwili wewnętrznej ciszy. Wciąż tam jestem, mimo że chodzę ulicami Marsylii. Wszystko we mnie tam utknęło: moja dusza, moja pamięć, mój puls, nawet moja wyobraźnia.
Śledzę wiadomości z chwili na chwilę, nie pozwalając sobie przegapić ani jednego bombardowania, masakry, kolejnego doniesienia o rzezi. Piszę raporty, odbieram telefony, śledzę zdjęcia, tłumaczę historie, opowiadam świadectwa. Rozmawiam z każdym, niosąc go ze sobą jak ciężki bagaż, jakbym był jedynym żyjącym, który relacjonuje śmierci, którym nikt nie zapobiegł.
Ale ten ciężar mnie pożera. W niecałe 100 dni moje włosy posiwiały. Spojrzałam dziś rano w lustro i nie poznałam siebie. Kto to jest? Kiedy tak się zestarzałam? Kiedy moje oczy zrobiły się tak szeroko otwarte ze zmęczenia? Nawet mój głos – już nie jest taki sam. Jest smutny, nawet gdy się uśmiecham, zmęczony, nawet w ciszy.
Poczucie bezradności zżera moje życie. Wiedzieć wszystko, robić wszystko, pisać, krzyczeć, dokumentować – i nic się nie zmienia. Patrzeć, jak ludzie umierają, znać ich imiona, słyszeć ich wołania – i nie móc do nich dotrzeć.
To jest ta bezradność, która mnie kradnie, która zmienia mnie w kobietę starzejącą się, nie żyjącą, siwiejącą, nie popełniającą grzechu, załamującą się, nie krzyczącą.
Nie żyję – opieram się rozpadowi. Staram się nie zniknąć, nie zapaść, nie umrzeć z daleka.
Piszę ponownie – bo to wszystko, co mi zostało
Myślę o Gazie każdej nocy – nie jako o miejscu, ale o twarzach, które znam, o sercach, których ból znam na pamięć. Gaza nie jest już tylko miejscem. Stała się zbiorowym bólem, który żyje we mnie. Zamykam oczy i widzę je po kolei. Nie widzę morza, ulic ani domów, którymi kiedyś były. Widzę przyćmione oczy, twarze, które zapomniały, jak się uśmiechać, dzieci, które stały się starcami, matki, które nie płaczą, bo już wystarczająco dużo płakały.
Ludzie tam się zmienili. Ogarnęło ich okrucieństwo, które im nie odpowiada. Widzę to w moich codziennych rozmowach. Słyszę to w ich notatkach głosowych, w wiadomościach, w ciszy między słowami. Ściany wypełnia depresja, a apatia zastępuje strach. Już nie czują, już się nie złoszczą, już nie reagują. Jakby stracili prawo do emocji – bo wszystko przekroczyło granice tego, co można znieść.
Ci, którzy stracili nadzieję, nie pytają już, kiedy wojna się skończy. Chcą po prostu spać bez strachu, zjeść pełny posiłek i usłyszeć wiadomość, która nie zawiera informacji o liczbie ofiar.
Gaza stała się nie do zniesienia. Ci, którzy nie umarli, żyją na krawędzi upadku. A ci, którzy żyją, tak naprawdę nie żyją – oni po prostu próbują dziś nie umrzeć.
Ja, w moim łóżku w Marsylii, nie mogę spać. Wszystko wokół mnie jest spokojne, ale słyszę ich krzyki w sobie. Czuję, że jeśli zasnę, zdradzę ich – że muszę czuwać, dopóki oni będą czuwać w przerażeniu. Sen to luksus, a ja już nie mam do niego prawa.
Rita Baroud/TNH
Marsylia nie jest okrutna – czasami jest życzliwa. Próbuje mnie objąć, przekonać, że świat wciąż może mieć dla mnie miejsce. Ale nie trzyma moich kluczy. Nie rozumie mojego akcentu. Nie zna opowieści mojej babci. Nie rozpoznaje smaku naszego chleba. I nie zna imion naszych męczenników.
Mimo to próbuję pisać, dokumentować, krzyczeć słowami. Czasem piszę z pasją, a czasem piszę płacząc. A czasem przerywam – nagle się załamuję, wpatruję się w kartkę i zadaję sobie pytanie: Jaki jest sens? Czy pisanie karmi głodnych? Czy historie powstrzymują masakry? Czy słowa wyciągają dziecko spod gruzów?
A potem, pośród tej bezradności, wracam. Piszę znowu – bo to wszystko, co mi zostało.
Pisanie nie jest zbawieniem, ale to jedyne miejsce, gdzie mogę krzyczeć, nikogo nie strasząc. To dowód, że wciąż czuję, wciąż widzę, wciąż odmawiam stania się kolejnym milczącym ciałem w stadzie zapomnienia.
Piszę, żeby Gaza we mnie nie umarła, żeby mój ból nie stał się rutyną. Piszę, bo coraz mniej jest tam ludzi, którzy wciąż potrafią pisać, bo tak wielu zostało zabitych, zagłodzonych i zesłanych na wygnanie – i nikt tutaj, kto tego nie przeżył, nie jest w stanie naprawdę wyobrazić sobie Gazy.
Redakcja: Eric Reidy.
Powyższy artykuł ukazał się pierwotnie na stronie The New Humanitarian.
Link do artykułu: https://www.thenewhumanitarian.org/republish-article/264089

