Zamach / Piotr Kotlarz

0
37

Czekaliśmy. Większość z nas była tu już od dwóch godzin. Ja przybyłem jakieś pól godziny temu. Przyjechałem swoim Mini Morrisem. Wprawdzie Czarny mówił. Że powinniśmy wszyscy przybyć środkami komunikacji miejskiej, metrem, autobusem, tramwajem, w ostateczności taksówką, lecz nigdy nie własnym wozem… Podejrzewał, że mogliśmy być śledzeni i kazał nam w drodze do tego budynku zmieniać środki lokomocji, oglądać się za siebie i w razie jakichkolwiek podejrzeń zrezygnować z przybycia na spotkanie. Obawiał się dekonspiracji. Mia; rację, lecz musiał zrozumieć moją decyzję.

Pracowałem w Centrum. Dziś szef zatrzymał mnie dłużej. Doszły do niego słuchy o jakimś spisku. Otrzymałem polecenie zawiadomienia kierowników pozostałych działów, że jutro ma odbyć się nadzwyczajne posiedzenie Sztabu. Jutro o jedenastej. Zanim zdołałem wszystkich znaleźć i powiadomić, zbliżała się godzina naszego zebrania. Musiałem na nie przybyć, musiałem ostrzec. Jutro posiedzenie Sztabu. Nie wiadomo skąd i jak wiele o nas wiedzą? Musimy podjąć jakieś decyzję.

– Śledził cię ktoś? Spytał Czarny.

– Nie, raczej nie. Na pewno nie. To ja zresztą miałem organizować jutrzejsze posiedzenie. Szef zabronił mi powiadamiać innych o jego celu i myślę, że jestem poza wszelkim podejrzeniem.  – Odpowiedziałem bardzo pewnie. – Wiesz jaki jestem ostrożny, dodałem.

– Nieważne. Dziś to i tak nie ma już żadnego znaczenia. Jutro ruszamy. Wóz, albo przewóz – powiedział Czarny po chwili namysłu.

  Długo czekaliśmy na takie zdania. Wiedzieliśmy, że kiedyś padną, że dzień, w którym Czarny je wypowie jest coraz bliżej. Teraz, gdy w końcu padły, uczuliśmy ulgę i strach jednocześnie. Już nie można się wycofać, jutro ruszamy. Koniec. Musimy wygrać. Czy wygramy? Skąd Szef wiedział o naszym spisku? Nieważne, trzeba dalej toczyć swą grę.

Ostatni przyszedł Mały. Spóźnił się kilkanaście minut, lecz jakież to teraz miało znaczenie. Wreszcie byliśmy wszyscy i już jutro okaże się, czy postawiliśmy na właściwego konia. Dziś Czarny wyjawi nam plan akcji. Owszem wszyscy znamy jakieś poszczególne jego elementy, lecz Czarny nie był na tyle naiwny, głupi, by od razu wyjawić nam całość. Wiedział, że możemy być śledzeni, że każdy z nas może wpaść. Za każdym razem zmieniał skrzynkę kontaktową. Dla każdego wskazywał inną. Zawsze dowiadywaliśmy się dopiero na dzień przed o miejscu i terminie spotkania. Nigdy dotąd nie spotkaliśmy się jeszcze wszyscy. Nikt z nas nie znał potencjału innych grup, każdy z przywódców poszczególnych oddziałów znał tylko pseudonimy pozostałych. Domyślałem się tylko, że organizacja nasza obejmuje swym zasięgiem całe Miasto i że w różny sposób związanych jest z nią kilkaset osób. Wszyscy czekali na znak, na sygnał, by ruszyć. Ktoś sypnął. Ktoś mało ważny, jakiś pionek, gdyż inaczej Szef kazałby zorganizować posiedzenie sztabu już dziś. O, Czarny był bardzo ostrożny. Nie mógł przecież pozwolić na to, by „wraz z ziarnem zboża nie utracić worka mąki”, jak często mawiał.

– Spóźniłeś się Mały – zaczął Czarny – Nie, nie tłumacz się. Teraz to i tak nie ma najmniejszego znaczenia. Jutro wyruszamy na akcję i do jutra już nie opuścimy tego miejsca. Wszyscy jesteśmy wszechstronnie przygotowani. Pierwszy, Trzeci i w razie czego Czwarty pokierują transportem. Szósty i Siódmy odpowiadają za łączność. Dwunasty, Mały i ja potrafimy doskonale przemawiać do tłumów. Każdy z kierowników oddziałów szturmowych doskonale zna swoje zadania. Pamiętajcie, wszystkie wskazane punkty powinny być zajęte równocześnie.

Czarny nie wspominał o tym, że wszyscy byliśmy wszechstronnie przygotowani, każdy z nas mógł w dowolnej chwili siąść za kierownicą dowolnego samochodu, że opanowaliśmy arkana pirotechniki, że przeszliśmy szkolenia w judo, karate i Ju-Jiitsu. Ósmy, Szósty i Siódmy potrafili doskonale, a każdy z nas odrobinę tylko gorzej, obsłużyć krótkofalówkę. Czy muszę dodawać, że strzelaliśmy doskonale z wszelkiego rodzaju broni ręcznej?

– Jesteśmy dobrze przygotowani, kontynuował Czarny. A teraz patrzcie.

Czarny zgarnął ze stołu popielniczkę, szklanki, brudne talerze i papiery.

– Musimy wygrać. Zobaczcie, kontynuował rozkładając na stole wypełniony drobnymi znaczkami plan.

Rozpoznałem plan naszego Miasta… Wszystko od razu zrozumiałem. O, Czarny doskonale nadawał się na przywódcę. Dawno już to przeczuwałem, ale to, co zaprezentował, przechodziło najśmielsze przewidywania. Dochodziły do mnie tylko strzępki poleceń wydawanych innym. Zajedziecie tu, w pobliże… Musicie zająć ten punkt najpóźniej…. Przygotujesz wybuch ładunku w gmachu… o godzinie…. O jedenastej musisz…

Powoli wszystko pojmowaliśmy coraz jaśniej. Stawało się dla nas coraz bardziej oczywistym, że nie ma w tym planie żadnego błędu, że już jutro osiągniemy swój cel.

Wierzyłem w Czarnego. Znałem go bardzo dobrze. Ufałem mu i  nigdy nie wątpiłem, że wspaniale pokieruje akcją. Wiedziałem o nim (mimo jego ogromnej ostrożności) prawie wszystko. Znalem na pamięć wszystkie szczegóły z jego życia. Wiedziałem, ze może zwyciężyć. Co będzie jednak później? Czy rzady, które on zaproponuje będą inne od obecnych? Myślałem „inne”, a nie lepsze. Bo cóż znaczy lepszy, czy gorszy? Lepszy dla kogo? Jeśli my przejmiemy władzę, to przecież oczywiste, że nasza sytuacja ulegnie poprawie. Przecież nie jesteśmy tak głupi, by sądzić, że od razu rozwiążemy problemy, których przez tyle lat nie udało się rozwiązać naszym poprzednikom. Dawno już przestaliśmy być idealistami. Zresztą to nam należy się władza.

Jesteśmy wspaniałymi organizatorami i na pewno dokonamy bardzo wiele, wprowadzimy nasze Miasto na nową drogę. Na drogę ku wspaniałej przyszłości. Mówię jak demagog. Nie o to w końcu idzie. Większość z nas pragnie przecież zmiany głownie dla siebie. Mamy wprawdzie swych ideologów, mówców i dziennikarzy. Potrafimy narzucić każde hasło. Cel uświ1)ęca środki. Musimy po prostu wygrać. Jesteśmy wspaniale przeszkoleni. Mały długo selekcjonował nasze społeczeństwo. Z naszą grupą związane są najlepsze jego elementy. Jutro akcja. Czarny skończył wydawać instrukcje Małemu. Teraz przejdzie do mnie.

– Słuchaj X. Od ciebie zależy bardzo wiele. Rozumiesz. To ty będziesz musiał nacisnąć guzik. Ufamy ci, zresztą bzdurą byłoby dawać ci zastępcę. Tylko ty możesz tam wejść. Wszystko zależy od ciebie.

Rozumiałem. Inaczej nie byłoby mnie w tej grupie. Tylko ja mogłem tam wejść.

Dawno już zapadła noc. Wielu z nas spało już od jakiegoś czasu na przeróżnego rodzaju kanapach, materacach, łóżkach. Musieliśmy być jutro wypoczęci. Czy uda im się zrealizować złożone zadania? Jeśli zastąpią ich inni, to oni zajmą później najlepsze miejsca.

Też spałem. Śniła mi się rozmowa z Czarnym. Groził mi. Przecież to on wszystko zorganizował. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że w ostateczności i tak wszystko zależeć będzie ode mnie. Nie mógł zaprzeczyć, a jednak groził mi… Obudziłem się. Nade mną stał Czarny.

– Ruszamy.

Wszystko poszło zgodnie z planem. Wszedłem tam. Wiedziałem już, że wszystkie punkty są już zajęte. Czekałem. Co myśli teraz Czarny? Głupiec. Przecież powinien wiedzieć, ze domyślę się, że po wykonaniu zadania będzie musiał mnie wykończyć. Jaki przywódca zaufałby zdrajcy? Głupiec. Włączyłem sygnał alarmowy…

Alarm!!!

Alarm!!!

Ryk syren postawił błyskawicznie na nogi wszystkie sekcje ochrony. Szef już od dawna przewidywał, że zamachowcy w końcu spróbują przejąć władzę w naszym Mieście. Dawno nie widziałem tak sprawnej akcji.

Następnego dnia odebrałem wysoką nagrodę. Udaremniłem spisek. Gdyby nie moje ostrzeżenia, to ci bandyci zdobyliby władzę. Boże, do czegóż mogło to doprowadzić. Któż uwierzy tej bandzie, że byłem z nimi? Jutro zostaną rozstrzelani. Dowodził nimi jakiś Czarny. Cwaniak, myślał, że ustąpię mu swoją część władzy.

Piotr Kotlarz

 

Obraz za: Pixabay License – Darmowy do użytku komercyjnego.