Wiersze / Ludwik Filip Czech

0
181

Ludwik Filip Czech

Dar                                                                         

Poezja jest kłopotliwym darem
Kiedy spływa na człowieka
Zamiast robić coś pożytecznego
Siada i zaczyna pisać

A skutki tego są mizerne
Czasami wierszyk w gazecie
Czasami książeczka
Recenzja na jeden akapit
A wszystko to za późno

I jeszcze to poczucie straty czasu
Bo kiedy pisze się wiersz
To myśli się że powinno prozę
I psia krew
Na odwrót

Można oczywiście rzucić to wszystko
Ale zaraz powiedzą że człowiek się skończył
Przypomną mu złe towarzystwo
Kurestwo i alkohole

A zresztą co innego potrafi poeta
Prócz wymyślania wieczorów autorskich
Na których odpowiada błyskotliwie
Na głupie pytania

Więc chcąc nie chcąc robi herbatę
Wyłącza telewizor
Bierze kartkę
I dalej jedzie z tym koksem
Ciotka Baśka                                                             

Ciotka Baśka zawsze nam mówiła
Że chce być zjedzona przez
Dzikie zwierzęta
Wrzućcie mnie po śmierci
Do klatki lwa
W Zoo
Nie chcę do skrzynki

I żadnej defilady z trupem
Grzebania w szeregu
Ma być ze mnie uczta
Zabawa kosteczkami

Pochowaliśmy ją zwyczajnie
Na katolickim cmentarzu
Przycisnęli marmurową płytą
Pod majowym głogiem

Ale wcześniej umyliśmy
Ubrali
I na wszelki wypadek
Skrępowali
Różańcem
Kusza                                                                  

Miło jest obudzić się
W środku nocy
Zrobić małą kawę
Zapalić papierosa

Wrócić pamięcią
Do przerwanego snu
W którym chodzisz
Uliczkami egzotycznego
Bazaru
Gdzie mirra kadzidło
I złoto
Żeby kupić kuszę

Miło jest potem
Zapisać to w zeszycie
Zeszyt położyć
Przy łóżku
Zdjąć okulary

I resztę nocy zgadywać
Do bladego świtu
Po jaki chuj
Potrzebna była ci
Ta kusza
Kwarantanna                                                   

Moja matka cały dzień
Siedzi przed telewizorem
Przegląda gazety
Czyta w tablecie
O zarazie

Jestem już stara mówi
I teraz bez twojej pomocy
Nie dam sobie rady

Dlatego na miłość boską -
W autobusie
Tramwaju
W sklepie
Nie smarkaj
Nie kasłaj
Nie oddychaj

Duś to w sobie
Bo cię zamkną

Nożyk                                                                

Po śmierci ciotki Baśki
Odziedziczyłem nożyk
Do listów

Ten sam
Który dałem jej
40 lat wcześniej

Teraz do mnie wrócił

Nawet nie próbuję zgadywać
Ile przez ten czas otworzył kopert
Ile wypadło z nich listów
Zapewnień o miłości
Dowodów zdrad
Ile zwykłych rachunków

Być może dawniej
Kiedy książki były jeszcze tajemnicą
Rozcinała nim ich kartki

A może po prostu
Służył jej za śrubokręt
Albo wykałaczkę

Tylko on to wie

Teraz leży na moim biurku
Obok okularów i ołówków
I jak każdy nożyk do listów
Milczy

Trochę żałobnie
Trochę sekretnie
Poczekaj                                                         

Jeszcze o tym nie pisz
Poczekaj
To wszystko nadal się dzieje
Niech się skończy

Niech kurz opadnie
mgły się rozwieją

Porozrzucane
Niech się ułoży

Kiedyś znowu wszystko
Stanie w miejscu
Zbierze siły
I zacznie opowiadać
Swoją historię

Wtedy ty zacznij pisać
I opowiedz własną

Taktyka                                        

Koledzy z mojej klasy
Żeby zwrócić na siebie uwagę
Pani od polskiego
Wiercili się w ławkach
Stroili małpie miny
Albo głośno czkali

Ja nie miałem tej odwagi
Dlatego chcąc się przypomnieć
Robiłem celowo
W najprostszym dyktandzie
Ortograficzny błąd
To  
                                                                         
Nigdy tego nie opowiem
Nigdy nie opiszę

To nie znajdzie się
W żadnym moim
Wierszu

Chociaż wyrywa się
Prosi
Skamle

Przybiera kuszące formy
Pokazując że jest
Gotowe

Ale nigdy nie będzie

Gdyby tylko mogło
Wyskoczyć ze mnie
Stanęłoby w otwartym oknie
I zaczęło krzyczeć

Obraz Luisella Planeta Leoni z Pixabay