Światowy Dzień Wolności Prasy / Piotr Kotlarz

0
38

Dzień 3 maja obchodzony jest w naszym kraju głównie w związku z kolejną rocznicą Konstytucji 3 Maja. Wprawdzie konstytucja ta, jej treść i wymowa, a także sposób uchwalenia mogą wzbudzać wiele wątpliwości, zastrzeżeń, sam fakt jej uchwalenia, a także to, że była to jedną z prób ocalenia ówczesnej Rzeczypospolitej przed upadkiem, zasługują na upamiętnienie.

Doceniamy to, co w niej było postępowe, wprowadzenie trójpodziału władzy, umocnienie władzy centralnej. Z drugiej strony dostrzegamy jej wady. W tym czasie we Francji myślano już przecież o demokracji, a konstytucja 3 Maja przywracała monarchię dziedziczną, we Francji od 1789 roku uznano już pojęcie narodu, znoszono podziały stanowe, a konstytucja 3 Maja przeciwnie, nawet ograniczała wcześniej posiadane przywileje polityczne części szlachty, pozbawiając praw politycznych tzw. goltę (szlachtę nieposiadającą ziemi).

Droga do demokracji naszego społeczeństwa od czasów owej konstytucji była jeszcze bardzo długa. Tym bardziej, że już dwa lata później doszło do drugiego (1793), a cztery lata później do trzeciego (1795) rozbioru.

Na drogę demokracji wkroczyliśmy już jako cały naród wraz z odzyskaniem niepodległości. Tym razem już bez podziałów stanowych, a i wielu innych (Polska była jednym z pierwszych państw, które przyznały pełnię praw politycznych i majątkowych kobietom). Niestety kolejna wojna, a później rewolucja i dyktatura komunistyczna znów nas tej wolności, a więc i demokracji pozbawiły.

Droga do demokracji ponownie była bardzo długa. Ta przywracana była bardzo stopniowo. Urodziłem się sześć lat po wojnie, jeszcze w czasach stalinizmu, ale oczywiście (będąc wówczas tak małym dzieckiem) dyktatury tej, choć dotknęła moją rodzinę, w sposób świadomy nie doświadczyłem. Dorastałem już w czasach rządów nie dyktatorskich, lecz raczej autorytarnych. Używano wprawdzie określenia „dyktatura proletariatu”, ale de facto były to rządy autorytarne, oparte na autorytecie jednostki. Słowo autorytet nie jest tu być może zbyt adekwatne, ale pozostańmy przy tej definicji.

Rządy autorytarne to forma łagodniejszej dyktatury, jej jednym z głównych przejawów było ograniczenie wolności. Zwłaszcza wolności przemieszczania się i wolności słowa. Podejmowano jeszcze, aż do 1989 roku, a zresztą niektórzy próbują czynić to nawet dziś, próby ograniczania innych wolności, nawet wolności sumienia, własnych poglądów, ale były to działania już nie tak drastyczne jak do połowy lat pięćdziesiątych.

Właśnie jednej ze wspomnianych wolności postanowiłem napisać ten artykuł. Chodzi mianowicie o wolność słowa. W szumie obchodów święta Konstytucji ginie nam inne, międzynarodowe święto – Światowy Dzień Wolności Prasy.

Święto to zostało ustanowione (na dzień 3 maja) 20 grudnia 1993 roku przez Zgromadzenie Ogólne ONZ rezolucją 48/432. Decyzja Zgromadzenia Ogólnego została podjęta na wniosek Konferencji Generalnej UNESCO, która w dokumencie pod nazwą „Popieranie wolności prasy na świecie” z 1991 roku, uznała wolną, pluralistyczną i niezależną prasę za podstawowy element funkcjonowania każdego demokratycznego społeczeństwa.

Wolność prasy, wolność słowa, to jedne w podstawowych wolności, dających szansę na to, że i pozostałe nie zostaną naruszane. Oczywiście tylko szansę, nie gwarancję, gdyż historia uczy nas, powinna w każdym razie nas uczyć, że nic nie jest nam dane raz na zawsze.

Czy w naszym kraju mamy już pełnię wolności słowa, w tym zwłaszcza wolności mediów? (Poszerzmy święto wolności prasy o pojęcie media, uchwalający bowiem Dzień Wolności Prasy nie mogli jeszcze wiedzieć o portalach internetowych, o mediach społecznościowych).

Myślę, że tak. W każdym razie osobiście raczej nie dostrzegam prób takowej jej systemowego ograniczania. Wprawdzie przeczytałem dziś artykuł Bogusława Chraboty („Coraz mniej wolności słowa” Rzeczypospolita 3 maja 2021), ale jakoś nie bardzo potrafię się z tezami redaktora naczelnego „Rzeczypospolitej” zgodzić.

Bogusław Chrabota, powołując się na jakieś badania, dowodzi, że  Namibia, w której 3 maja 1991 roku podpisano deklarację w sprawie popierania niezależnej i pluralistycznej prasy w Afryce, zajmuje 24. miejsce w indeksie wolności prasy Reporterów bez Granic (RSF), dokładnie 40 pozycji wyżej od Rzeczpospolitej Polskiej. Wyższy standard wolności prasy niż nad Wisłą jest również w RPA, Botswanie, Ghanie, Burkina Faso, Senegalu, czy Nigrze. Pisze on, że Polska, ojczyzna drugiej w świecie konstytucji, ojczyzna Solidarności i Jana Pawła II plasuje się dziś na 64. pozycji indeksu. Wyprzedzają nas w tym rankingu nawet Gruzja, czy Armenia, nie wspominają już o Wyspach Tonga. To widomy dowód tego, jak bardzo oddaliliśmy się od standardów wolnego świata i przesłania wolności z lat 80. Wielka w tym zasługa dziś rządzących, którzy zafundowali nam spadek do trzeciej ligi w ciągu ledwie siedmiu lat. Jeszcze w 2015 roku Polska zajmowała 18. miejsce w indeksie i była to najwyższa pozycja, jakiej dochrapaliśmy się w historii rankingu.

Cóż, jestem od Bogusława Chraboty kilkanaście lat starszy. Wchodząc w dojrzale życie mogłem o wolności słowa tylko marzyć. Do dziś pamiętam, jak w 1977 roku w czasie Spotkań Jesiennych w KSW ŻAK mimo braku cenzury przeczytałem trzy wiersze Mieczysława Czychowskiego, za co spotkała mnie na szczęście tylko reprymenda władz klubowych. Każde studenckie przedstawienie teatralne, każda studencka impreza, mogły być wystawione tylko za zgodą cenzury. Pamiętam też, swój niepokój przed spotkaniem z cenzorem, który miał wyrazić zgodę na wydanie mojego pierwszego arkusza literackiego (zawierającego tylko dramat w jednym akcie, krótkie opowiadanie i kilka literackich miniatur). Kolejnym problemem było zdobycie na druk tego arkusika papieru (w nakładzie zaledwie 500 egzemplarzy). 

O wydawaniu własnej gazety nawet nie marzyłem. Nie, będę szczery… bywało, że marzyłem, ale moi znajomi uważali, że są to marzenia szaleńca.

Sytuacja uległa zmianie dopiero po 1989 roku, a i to stopniowo. Wprawdzie, jak się zorientowałem, Bogusław Chrabota współpracował z artystyczną prasą niezależną już od 1987 roku (już wówczas następowała odwilż), ale niezależność ta nie była całkowita (może tylko niektórzy nie mieli świadomości o istniejącej kontroli). Podobnie było z prawie całą prasą konspiracyjną po 1980 roku. Dziś już wiemy jak głęboko była ona kontrolowana, dziś wychodzą na jaw rozmaite powiązania, o niektórych nie dowiemy się nigdy. W każdym razie dla mnie, człowieka nie powiązanego z żadnymi strukturami, wydawanie własnych, niezależnych publikacji było niemożliwe.

Już jednak w drugiej połowie lat siedemdziesiątych mogłem publikować swoje artykuły w oficjalnej prasie. Poddawane były cenzurze, bywało, że redaktorzy prowadzący zmieniali tytuły, dokonywali cięć. Kilka artykułów, opowiadań i miniatur literackich jednak opublikowałem.

Po raz pierwszy działalnością wydawniczą zająłem się w 1993 roku. Wstąpiłem wówczas do SDRP i przejąłem po moim koledze wydawany przez niego wcześniej na kserografie biuletyn „Socjaldemokrata Gdański”. Przekształciłem ten biuletyn w gazetę, niewielki miesięcznik. W tym czasie nie było już żadnej cenzury. Oczywiście pismo to oceniały władze partyjne, wydawca pisma, ale i z ich strony nie miałem właściwie żadnych uwag. To wówczas już dostrzegłem zupełnie inny problem. Nie cenzura, nie ingerencje wydawcy ograniczały rozwój pisma, a słabość intelektualna środowiska. Wiele artykułów musiałem pisać sam (niekiedy pod różnymi pseudonimami), sam musiałem też prosić kolegów dziennikarzy, by cokolwiek w tym pisemku zamieścili. Podobnie też było później (w latach 1996-1997) w wydawanym przez jakiś czas i redagowanym przeze mnie w ramach PPS-u „Robotniku” i to środowisko było stosunkowo pod względem dziennikarskim słabe (choć zdecydowanie silniejsze niż w SDRP, np. Zuzanna Dąbrowska i Piotr Ikonowicz). I w tym wypadku o jakimkolwiek ograniczaniu wolności słowa, o cenzurze nie było mowy. Może dlatego, że łączyły nas wspólne poglądy.

Może wydawać się to rzeczą nieprawdopodobną, ale jeszcze w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych problemem w Polsce był brak papieru, choć w tym wypadku już raczej tylko jego cena. Pamiętam, że podejmując się w 1995 roku wydawania przy Gdańskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuki  „Autografu” musiałem „zdobywać” papier z magazynów gdańskiej ASP, część znalazłem w magazynach GTPS, gdzie leżał jeszcze od końca lat osiemdziesiątych. Również w tym wypadku nikt nie ingerował w proces powstawania pisma, sam dobierałem autorów, przyjąłem do współpracy redaktora naczelnego Andrzeja Waśkiewicza, któremu płaciłem „pod stołem” niewielkie honorarium.

Już wówczas uwidocznił się jednak zupełnie inny problem. Wspominałem o nim poprzednio, ale myślałem, że wiązał się tylko z pismami politycznymi, ze środowiskiem politycznym. Niestety nie, dotyczył on również środowiska artystycznego i intelektualnego. Ta sfera naszego życia społecznego była równie uboga. Tworząc „Autograf” zdecydowałem się na dwumiesięcznik. Całe tzw. „środowisko” Gdańska, Wybrzeża, nie było w stanie wypełnić nawet tak niewielkiego pisma. Tak zresztą pozostało aż do końca do 2021 roku. „Autograf” pozostał dwumiesięcznikiem. Może to „wina” polityki redakcji, ale chyba nie tylko. Wprawdzie w tzw. „wolnej Polsce” w ramach rozwoju uczelni powstawały na wielu z nich tzw. „kierunki dziennikarskie”, ale w mojej ocenie była to tylko fikcja kształcenia (sam przez pól roku próbowałem wykładać w jednej z takich szkół, widząc jednak bezsens tej pracy szybko z niej zrezygnowałem. W mojej ocenie studenci ci mogli równie dobrze kupić swoje dyplomy na rynku, zresztą – jak dziś czytam – bardzo wiele obecnych prac magisterskich, a nawet doktorskich jest kupowanych). Dziś mamy prawdopodobnie tysiące, a może i dziesiątki tysięcy magistrów dziennikarstwa, dziennikarzy jednak jest przeraźliwie mało.

Nie wolność słowa, wolność prasy, są w naszym kraju problemem, lecz obniżenie poziomu intelektualnego naszego społeczeństwa, do którego dopuściliśmy od czasów stanu wojennego.

Nikt w naszym kraju nie ogranicza wolności prasy (mediów). Mało tego problemem w jej (ich) powstawaniu nie są nawet koszty. Stworzenie portalu internetowego (tu przenosi się dziś prasa i w ten sposób można trafić do szerokiego odbiorcy) jest stosunkowo niedrogie, jeszcze tańsze jest jego utrzymanie. Wystarczy tysiąc, dwa tysiące złotych miesięcznie. Wiem to, bo przecież sam taki portal w ramach Fundacji Kultury WOBEC prowadzę.

Nie w ograniczeniach rządowych, nie w cenzurze, nie w kosztach jest problem, lecz a braku ludzi, którzy mają cokolwiek do powiedzenia, którzy posiadają choć odrobinę umiejętności, by te myśli wyrazić. Każda partia polityczna, każde stowarzyszenie, każdy w końcu osobiście, wszyscy mogą wydawać prasę, zakładać portale, wyrażać swe myśli na Facebookach.

Czytając artykuł Bogusława Chraboty, czy też dzisiejszą wypowiedź Adama Michnika, który w ramach swej gazety „Wyborczej” zwraca się do społeczeństwa Szwecji o wsparcie tej gazety i żali się na politykę rządu, który nie wspiera jej za pośrednictwem reklam z firm będących w zarządzie naszego państwa, czyli z naszych podatków, dostrzegam, że dziennikarze ci (redaktorzy naczelni czołowych dzienników) myślą o wolności prasy inaczej. Nie chodzi im o wolność prasy, ale o to, by mieli tzw. równy dostęp do „kasy społecznej”. Czyż nie wydają pism komercyjnych? Niech w takim razie penetrują rynek, a nie żebrzą o społeczną (państwową) kasę. Wszak mogą w swej prasie pisać co chcą, wyrażać wszelkie (zgodne z konstytucją) poglądy. Nie chcą być „klamkarzami” i uważają, że obecne władze państwowe niesłusznie takich faworyzują. Mają rację, taka postawa władz zasługuje na krytykę. Nie powinny one wspierać prasy, mediów, w zależności od tego, czy są one jej przychylne, czy też nie. Ale wszelkich mediów komercyjnych. Dziś rząd wspiera „swoich klamkarzy”, wspomniani redaktorzy liczą na to, że być może zostaną „klamkarzami” innych rządów.

Nie tędy droga, nie o takiej wolność prasy marzyliśmy. Drogą do poszerzenia wolności mediów nie jest wspieranie przez państwo pism komercyjnych niezależnie od ich prorządowej, czy antyrządowej postawy, lecz praca u podstaw. Podnoszenie poziomu edukacji, pobudzanie kreatywności naszego społeczeństwa.

Wiem, to długa droga, wielu z nas wręcz utraciło umiejętność dyskusji, wyrażania swych myśli, a nawet uczuć… Mając jednak wolność słowa, wolność tworzenia własnych mediów z czasem tę wolność poszerzymy.

Służy temu i Światowy Dzień Wolności Prasy, to ważne święto.

                                                                                         Piotr Kotlarz

Obraz wyróżniający: Obraz Hands off my tags! Michael Gaida z Pixabay