Stulecie literatury polskiej na Pomorzu / Stanisław Załuski

0
48

Stulecie literatury polskiej na Pomorzu / Stanisław Załuski.

Część I, czyli jak zostałem pisarzem.

Czy SŁOWO, tym bardziej SŁOWO SENSOWNE, znaczy coś jeszcze we współczesnym świecie? Może literatura to gatunek wymarły, uprawiany przez zdziecinniałych starców i neurastenicznych młokosów, których powinni oświecić jacyś progresywni edukatorzy? Może jestem naiwniakiem, bo ciągle wierzę, że lektura „Odysei”, albo obejrzenie „Milczenia” Bergmana, jest mimo wszystko bardziej wartościowe niż biografie tzw. celebrytów. Może dlatego postanowiłem zostać pisarzem…

Do niedawana byłem przekonany, że jestem najstarszym w Pomorzu, a może w całej Polsce człowiekiem parającym się literaturą piękną. Nie słyszałem przypadku, aby ktoś, mając powyżej dziewięćdziesięciu lat, pisał jeszcze powieści, czy poetyckie poematy. Okazało się jednak, że owszem, jest ktoś wcześniej urodzony. Mam na myśli panią Helenę Zawistowską, która wyprzedza mnie o siedem lat. Mówi się trudno. Drugie miejsce na podium też ma swoją wagę. Do pani Heleny oczywiście jeszcze wrócę. Teraz chciałbym skupić się na temacie wiodącym pierwszej audycji, czyli na zdarzeniach, które ukształtowały mnie jako pisarza, a zarazem stanowią wprowadzenie do szerszego spojrzenia na specyfikę literatury pomorskiej.

Literatura ma wiele form. Można pisać wierszem i prozą, piszą sztuki teatralne, nawet odkładają złotówki z emerytury na wydanie swych wspomnień, ponieważ właściciel wydawnictwa, który jeszcze przed rokiem prowadził sklep z meblami, a teraz postanowił popróbować biznesu w kulturze, nie wyłoży gotówki na coś, czego sam nie jest w stanie zrozumieć, ani tym bardziej ocenić.

Przyznaję – zamiłowanie do pisania odczuwałem przez całe życie, odkąd moja pierwsza nauczycielka nauczyła mnie odróżniać literkę „a” od „b”… Pierwszy był pamiętnik. Pod datą 19 marca 1938 roku zanotowałem: „Wczoraj była wielka awantura. Knur rozbił drzwi od chlewa i uciekł do ogrodu. 10 ludzi go goniło z kijami i z krzykiem, ale ja uciekłem na ganek, bo się bałem.” Ten zeszyt z wielkimi kulfonami i błędami ortograficznymi trzymam do dziś w biurku. Nie pisałem codziennie, pisałem, gdy wydarzyło się coś, co uznałem za warte odnotowania. Dotyczyło to życia wsi, małych radości, smutków i emocji, jak to było w przypadku owego krnąbrnego knura. Po roku w notatkach poczęły pojawiać się nietypowe zapiski. Gdzieś w pobliżu odbywały się manewry wojskowe, do dworu na kolację przybył pułkownik, który podniecając się i niemal krzycząc przekonywał mojego ojca, że szarża 20 pułków kawalerii rozniesie w pył i proch armię Hitlera. Na zebranie żon właścicieli ziemskich zaproszono pielęgniarkę, która uczyła zgromadzone w salonie panie tajników tamowania krwi, zakładania opatrunków na rany, robienia zastrzyków. Na koniec moje zapiski zgęstniały, sumiennie odnotowywałem wrażenia z bombardowania Ciechanowa, wielkiej ucieczki spod pruskiej granicy aż w błota poleskie i po 17 września szybki kłus koni w stronę przeciwną, ku forpocztom pierwszego wroga, którego Ojciec, chyba słusznie, uznał za mniej niebezpiecznego od drugiego.

Wojnę spędziłem w leśniczówce, dokąd z naszego dworu wygnali nas Niemcy. Szkoły były zamknięte dla Polaków. Pod okiem Ojca, jako samouk, zaliczałem program szkolny z cudem zdobytych podręczników. Bez nauczycieli, bez jednego przynajmniej kolegi. Indywidualna nauka nie zajmuje wiele czasu. Dziś, w dobie koronowirusa dziecko, po „odbyciu” lekcji przez Internet pozostaje przy komputerze i gra w gry, których reguł nie bardzo potrafię pojąć. Pewnie jestem za stary na takie rozrywki. W latach okupacji do zabawy służyły klocki i ołowiani żołnierze. Ale wojna trwała blisko sześć lat i po jakimś czasie musiałem wymyśleć nowe, bardziej „intelektualne” zabawy. Zacząłem pisać. Bawić się w pisanie powieści. Wzorem był mi Aleksander Dumas (ojciec). Jego „Trzej muszkieterowie”, „Wicehrabia de Bragelonne”. Zgodnie z tymi wzorcami tworzyłem postacie królów, rycerzy, pięknych dam. To nie było jeszcze wejście w literaturę. W literaturę wchodzi się w różnym wieku. Poeci wcześniej. Zwykle przed dwudziestym rokiem życia. Prozaicy później. Poeta aby napisać wiersz potrzebuje wyobraźni i wrażliwości. Prozaik nie napisze znaczącej powieści bez ładunku wiedzy i znajomości psychiki ludzkiej. Nie miałem wrażliwości poety, moja wiedza była nikła. Przez myśl mi nie przechodziło, że mógłbym zostać pisarzem. Wojna się skończyła, Polska znalazła w sferze wpływów sowieckich, a ja, dorastający już i po bandycku wypędzony z rodzinnego domu, musiałem pomyśleć o wyborze zawodu, który zapewni chleb.

Postanowiłem zostać inżynierem budownictwa wodnego. Zdałem egzamin wstępny na na Politechnice Gdańskiej. Budowa zapór, elektrowni, zbiorników wodnych. Przestałem bawić się w pisanie powieści a la Aleksander Dumas, ograniczyłem prowadzenie pamiętnika. W moje życie weszły różniczki, całki, statyka budowli. Ukończyłem wybrany wydział. Pracę rozpocząłem w biurze projektów. Lecz po czasie zdałem sobie sprawę, że nie jest to moim powołaniem. Ta wiedza naszła mnie w niedzielny wieczór latem 1954 roku. Byłem kawalerem, z randki z dziewczyną wróciłem do swojego pokoju, w mieszkaniu dzielonym z trzema rodzinami, z prawem do użytkowania łazienki i zagotowania wody na herbatę w kuchni. Takie to były czasy, takie warunki bytowania, już niewielu Polaków to pamięta. Pomyślałem, że za kilka godzin przyjdzie mi wstać, ogolić się i umyć w zimnej wodzie, ponieważ bojler w łazience był permanentnie zepsuty i lokatorzy miesiącami nie mogli dojść do porozumienia, kto zepsuł i kto powinien zapłacić za naprawę. Bieg do tramwaju, jazda w charakterze „winogrona” na stopniu wozu, podpisanie w biurze listy obecności, odebranie z tajnej kancelarii projektu nawodnienia przeznaczonego na łąkę polderu na Żuławach, osiem godzin przy desce kreślarskiej, zwrot dokumentacji do tej samej kancelarii tajnej i tak dzień za dniem, aż do sobotniego popołudnia, kiedy mogłem umówić się z kolegami na brydża, lub z dziewczyną do kina. Kolejne tygodnie, miesiące, lata aż do nędznej emerytury. „Tak nie może być dłużej – zdecydowałem. – Nie można spędzić całego życia na nudnej, na pół niewolniczej pracy”.

To był pierwszy bunt, a bunt przeciwko zastanej rzeczywistości stanowi charakterystyczną cechę pisarza. W tamten wieczór stałem się prozaikiem, choć poza pamiętnikiem i tymi dziecinnymi powieściami, nie napisałem jeszcze niczego. Byłem jednak inżynierem i myślałem po inżyniersku, jak człowiek, któremu bliskie są cyfry i logika. Musiałem już wcześniej interesować się sytuacją bytową pisarzy, bo skąd mogłem wiedzieć jak kształtują się zarobki w tym zawodzie i, w jaki sposób wydawnictwa wyliczają honoraria autorskie. Tym, którzy nie wiedzą wyjaśniam, że w przypadku prozy honorarium było uzależnione od ilości arkuszy wydawniczych, oraz wysokości nakładu książki. Arkusz to 40 tysięcy znaków graficznych i był on przy nakładzie do 10 tysięcy egzemplarzy wyceniany w przedziale od 1500 do bodaj 4 tysięcy złotych. Przy nakładzie wyższym, wynoszącym do 20 tysięcy egzemplarzy autor otrzymywał dodatkowo 80 % podstawowej stawki. Przy 30 tysiącach jeszcze 60 % i kolejno po 50 % od każdych 10 tysięcy egzemplarzy. Co dalej stanie się z książką, czy zostanie sprzedana do ostatniego egzemplarza, czy pójdzie na przemiał, to autora w zasadzie nie obchodziło. Dolną stawkę otrzymywali debiutanci i twórcy poślednich gatunków, jak kryminały i sensacja, górną tuzy w rodzaju Iwaszkiewicza, Putramenta, Brandysa, czy Andrzejewskiego. Honorarium za tomiki poetyckie wyliczano w zależności od ilości linijek, co nie było dobrym rozwiązaniem. Skłaniało poetę do rozstrzeliwania tekstu. Jeśli linijka była wyceniona na 15 złotych poeta, który każde słowo takiego na przykład tekstu: „Stój!/ pójdź/w me/ramiona/piękna/traktorzystko” zapisał słowo pod słowem, otrzymał za wiersz 90 złotych. Gdyby tekst ten zapisał w trzech linijkach: „Stój!/pójdź w me ramiona/ piękna traktorzystko, honorarium wyniosłoby tylko 45 złotych. Dla osób nie pamiętających „czasów stalinowskich” jeszcze jedno wyjaśnienie – traktorzystki były wówczas odpowiednikiem dzisiejszych celebrytek. Podrygiwanie na siodełku, plującego spalinami pojazdu, miało oznaczać wyzwolenie kobiety spod władzy męża i minionego złego ustroju.

Czy powyższe sposoby wynagradzania pisarzy były sprawiedliwe? O tym dyskutowano na każdym Walnym Zjeździe Delegatów ZLP. Dominowały dwie, przeciwstawne sobie opcje. Część pisarzy domagała się, aby każde 10 tysięcy nakładu wypłacano według stuprocentowej stawki. Przy wysokich nakładach różnice były spore. Obowiązujący system nazywano „karą za popularność”. Wiele osób optowało za systemem obowiązującym obecnie, czyli wypłatą autorowi procentu od sprzedanych książek. Sposób ten preferował pisarzy dzieł trzeciorzędnych popularnych, sensacji, kryminałów, płaskich romansów. Ostatecznie taki właśnie system honorariów został przyjęty po 1990 roku i dla prawdziwych koryfeuszy pióra oznaczał katastrofę, wpędzającą ich w nędzę. Książka winna być klejnotem, nie towarem.

Daleki od prawno-księgowych zawiłości wyliczałem sobie, że jeśli w ciągu roku napiszę powieść o objętości 15 arkuszy wydawniczych i za arkusz otrzymam dwa tysiące złotych, mój roczny dochód wyniesie 30 tysięcy złotych, czyli dwa tysiące pięćset miesięcznie. Tyle w latach pięćdziesiątych zarabiał starszy projektant, moje zarobki młodszego projektanta dochodziły, razem z premiami, do kwoty półtora tysiąca. Kierownik odcinka dużej budowy zarabiał około 1300 złotych, a urzędniczka niższego szczebla 600 do 700 złotych. O dodatkowych zarobkach pisarza: stypendiach, konkursach, nagrodach, spotkaniach autorskich, nie miałem jeszcze pojęcia. Najważniejsza nie była jednak świadomość, że mógłbym zarabiać tyle, co mój szef w biurze projektów, lecz spodziewana wolność. Wolność od biurokratycznej zależności, od humorów zwierzchnika, od lodowatego wzroku „towarzyszki personalnej”, czuwającej nad przestrzeganiem „socjalistycznej dyscypliny pracy” i mającej najpewniej drugi etat na ulicy Okopowej w Gdańsku, gdzie miała siedzibę centrala Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa. Nie pomyślałem wtedy, że w panującym systemie wolność pisarza także jest iluzoryczna, poddana rygorom wewnętrznej cenzury twórcy, co mogło okazać się gorsze od kontroli cenzorów ze słynnej ulicy Mysiej w Warszawie.

Swą przygodę z literaturą rozpocząłem od nauki maszynopisania. Po pracy zostawałem w biurze dwie lub trzy godziny i powoli, literka po literce stukałem w klawiaturę, zapisując to, co wcześniej nabazgrałem w domu, przy pomocy atramentu i skrzypiącej stalówki. O tym, jakie były wówczas przyrządy do pisania świadczy notka z dziennika: „Dostałem z „Baltony” stalówkę produkcji USA. Nareszcie nie muszę się bać, że zamiast cienkiej kreski, na papier spłynie kleks”.

20 maja 1955 roku przekroczyłem progi Gdańskiego Oddziału Związku Literatów przy ulicy Powstańców Warszawy w Sopocie. Mieścił się on w przedwojennym pensjonacie sopockiego polonusa Jana Boberka. W latach trzydziestych często zatrzymywali się tutaj pisarze z Warszawy. Boberek był na stopie przyjacielskiej z Władysławem Broniewskim, Jarosławem Iwaszkiewiczem, Julianem Tuwimem, Antonim Słonimskim. Po wojnie willa została przejęta przez państwo, a pan Boberek zdegradowany do roli kogoś w rodzaju gońca. Sprzątał lokal, przynosił z poczty listy, zajmował się wysyłką korespondencji. Ot, synekura dla starego człowieka, któremu jako przedwojennemu burżujowi nie należała się emerytura. Z początkiem lat sześćdziesiątych willę zakupił ZAIKS. Budynek został rozebrany, w jego miejsce powstał istniejący do dziś Dom Pracy Twórczej.

Podczas tej pierwszej wizyty w lokalu ZLP nie zastałem ani pana Boberka, ani żadnego pisarza. Przyjęła mnie sekretarka, starsza dystyngowana pani o pięknych srebrzystych włosach. Wyglądała jak wydziedziczona przez barbarzyńców księżna. Usłyszałem, że powinienem skontaktować się z Kołem Młodych i z opiekunem tego Koła, redaktorem Rozgłośni Polskiego Radia, Marianem Kozłowskim. Pan Kozłowski pochwalił moje pierwsze opowiadania, ale na antenie ich nie puścił. Odesłał mnie do redaktora działu kulturalnego „Głosu Wybrzeża”, redaktora Tadeusza Blumskiego, którego ocena była podobna, niestety bez propozycji druku.

Na pierwsze zebranie gdańskiego Oddziału ZLP i Koła Młodych, na jakie zostałem zaproszony, wszedłem na trzęsących się nogach, niby Julian Sorel do salonu margrabiego de la Mole. Zebranie stanowiło coś w rodzaju „porady sąsiedzkiej”, wybrany pisarz czytał fragmenty przygotowywanej do druku książki, inni tekst oceniali i udzielali „fachowych” rad. Zebrania, czy też seminaria, były w latach socrealizmu obowiązkowe, potem, po cichu je skasowano. Na jednym z ostatnich, Stanisława Fleszarowa czytała tekst o polskiej literaturze rewolucyjnej. Kostkę Napierskiego umieściła w XIV wieku. Lech Bądkowski próbował sprostować datę, lecz ona upierała się przy swoim. Pomyślałem wtedy, że wiedza niektórych literatów nie jest aż tak niedosiężna, abym miał się wstydzić własnej.

Seminaria, mające na celu poddanie wyobraźni pisarza kolektywowi, stanowiły oczywiście wytwór obłędnej myśli komunistycznej. Pisarz jest jak samotne drzewo. Nie potrzebuje całego lasu aby wzrastać. W początkach przygody z literaturą cennej pomocy debiutantowi może udzielić „mistrz”. Swego znalazłem w osobie Lecha Bądkowskiego, który właśnie został prezesem Gdańskiego Oddziału i do którego od pierwszej chwili nabrałem zaufania. Bądkowski przeczytał jedno z moich opowiadań i zaprosił mnie na trzygodzinną rozmowę, w której fachowo wytknął popełnione błędy, oraz wskazał zdania świadczące, iż posiadam instynkt twórczy i warto iść tą drogą. Za tę rozmowę pozostanę Lechowi wdzięczny do śmierci. Prawdziwym jednak mistrzem, którego dzieła wywarły na mnie nieprzemijający zachwyt był Ernest Hemingway. Już „Pożegnanie z bronią” wywarło na mnie ogromne wrażenie, a przy lekturze „Starego człowieka i morze” zaciskałem pięści i zęby, oszołomiony wielkością genialnego Amerykanina. I jakby za przyczyną czarodziejskiej różdżki zacząłem pisać inaczej niż dotąd, ostro, mocno i zaczęto mnie drukować.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że zmiany zawodu dokonałem w szczęśliwym momencie. Stalinizm się walił, a pisarze i dziennikarze stali na czele odnowy. Bierut nie żył, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zostało zlikwidowane, najbardziej okrutni oprawcy skazani, akowcy wychodzili na wolność, jak grzyby po deszczu wyrastały nowe pisma, na Pomorzu między innymi „Kontrasty”, „Uwaga”, „Próba”. W literaturę wchodziło nowe pokolenie, cenzura ścichła, przyczaiła się. Słynne były, powtarzane entuzjastycznie słowa Artura Sandauera: „Rozum zdrożał, odwaga staniała”. Ludzie przestali się bać. Cechą charakterystyczną tego okresu był brak nienawiści – to, co jak rak, niszczy Polskę od czasów stanu wojennego. W okresie największego natężenia emocji, krótko przed najazdem Chruszczowa na Warszawę, nasz oddział ZLP zorganizował zebranie, którego gościem był członek Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Jeszcze ze stalinowskiego nadania. Emocje były ogromne, była to jednak dysputa na argumenty. Spierano się, przygważdżano prelegenta faktami, lecz nie czuło się w słowach dyskutantów chęci zniszczenia przeciwnika. Jedynie Mietek Czychowski począł mu wygrażać żelazną pięścią. Ale to był nic nie znaczący epizod. Po wypiciu paru piw Mietek atakował każdego, kto się z nim nie zgadzał. Taki już miał buntowniczy charakter. Podczas wieców na dziedzińcu Politechniki dominowała radość, nadzieja, troska o przyszłość Polski, ale nikt nie zaciskał szczęk, nie mordował nikogo wzrokiem. Krótki był ten okres zbratania narodu, w świadomości ludzi mojego pokolenia pozostawił jednak niezatarte wspomnienia.

Mówiąc o roli mistrza, o wpływie wielkiego dzieła literackiego na twórczość początkującego pisarza, należy wszakże pamiętać że prawdziwym twórcą nie zostaje się wyłącznie poprzez czytanie i rady starszego kolegi. Prócz talentu, które to pojęcie trudne jest do zdefiniowania, konieczna jest wiedza, doświadczenie życiowe, znajomość tematu oraz psychiki ludzkiej. Za najlepszą książkę Stanisławy Fleszarowej-Muskat uważana jest powieść „Pozwólcie nam krzyczeć”, osnuta na tle gehenny jaką autorka przeżyła na własnej skórze, gdy – jako młodą dziewczynę – wywieziono ją do III Rzeszy i zmuszono do niewolniczej pracy. Róża Ostrowska napisała znakomitą „Wyspę”, opowieść o miłości i o Kaszubach. Była piękną kobietą, z pewnością przeżywała miłość, może nie jedną, zaś Kaszubi byli jej bliscy, gdy tylko znalazła wolną chwilę uciekała do nich, nad Jezioro Wdzydzkie, w okolice przypominające jej utraconą na zawsze Wileńszczyznę. Bądkowski w „Żołnierzach znad Bzury”, opowiadał o największej bitwie Kampanii Wrześniowej, w której uczestniczył z karabinem w ręku, natomiast jego „Wesoło w tropikach”, to prześmiewczy obraz z życia marynarzy statku handlowego, z którymi przebywał długie miesiące podczas rejsu na Daleki Wschód. Gdy Fleszarowa z tarasu sopockiej willi i lektury „Głosu Wybrzeża” poczęła pisać „Czterech ludzi na brzegu lasu”, wyszło marniutkie powieścidło. Bądkowski nie sprawdził się jako pisarz historyczny, opiewający dzieje przed krzyżackiego Pomorza.

Ja miałem w głowie temat, który prosił się o swego kronikarza. Była nim brutalna zagłada polskiego ziemiaństwa w latach 1944-1945. Ale o tym pisać nie mogłem. Dla ówczesnej władzy słowo „ziemianin” stanowiło tabu. Aby ten temat poruszyć, musiałbym pójść śladem komunistycznego aparatczyka, Leona Kruczkowskiego, przeciwstawiając uciemiężonych chłopów okrutnemu dziedzicowi. Więc odłożyłem ten temat do lepszych czasów.

Po kilku opowiadaniach zamieszczonych w prasie i radio stałem się pełnoprawnym członkiem Koła Młodych ZLP, a potem Gdańskiej Grupy Młodych, której, jako jedyny wśród poetów prozaik, stanowiłem trzon wraz z Bogdanem Justynowiczem i Mietkiem Czychowskim. Do grupy należał jeszcze Jerzy Afanasjew, Mirosław Stecewicz, Bolesław Fac i kilka innych osób, które nie przebiły się do indywidualnych tomików i legitymacji ZLP. Jak to bywa z młodymi – byliśmy butni, głośni, żądni sukcesów i mołojeckiej sławy, zakończonej nagrodą Nobla. Chyba nie do końca zdawałem sobie sprawę, że jesteśmy bacznie obserwowani. Rybakiem, który miał zarzucić na nas wędkę i wyłowić z mętnej wody uczyniono sekretarza do spraw kultury Komitetu Wojewódzkiego Związku Młodzieży Socjalistycznej, Ryszarda Szkolnickiego. Człowieka może niezbyt wysokiego lotu, lecz uczciwego i pasjonata literatury. Zaczęło się od wieczorów autorskich. Rysiek (bo szybko przeszliśmy na „ty”) woził nas do klubu ZMS, w takim czy innym miasteczku. Ja czytałem opowiadanie, poeci recytowali wiersze, Rysiek wręczał honorarium, niewysokie, ale dla biedaków, jak my każda złotówka się liczyła. Wieczór kończyliśmy w miejscowej kawiarence przy winie, potem był wesoły marsz na stację i powrót ostatnim pociągiem do Gdańska. Po pewnym czasie nasz sponsor założył na haczyk większą przynętę. Było nią czasopismo. Upadła „Uwaga” i „Kontrasty”, „Próba” zakończyła żywot po pierwszym numerze. Poza dziennikami Pomorze było pozbawione trybuny prasowej. Nasze pismo nazwaliśmy „Nabrzeżem”. Kolegium redakcyjne tworzyliśmy we dwóch: Justynowicz i ja. Szkolnicki załatwiał sprawy finansowe. Wyszedł jeden numer, potem drugi. Jako tak zwane jednodniówki. Wokół „Nabrzeża” gromadziło się coraz więcej artystycznej młodzieży, a nam z Bogdanem marzyły się już obite dermą gabinety, długonogie sekretarki, służbowe samochody. Do tego jednak konieczna była przynależność partyjna. Główny rozgrywający, sekretarz propagandy Komitetu Wojewódzkiego PZPR, Tadeusz Wrębiak postanowił właśnie założyć podstawową organizację partyjną złożoną z pisarzy. Nadano temu klauzulę szczególnej ważności. Partyjnymi literatami byli dotychczas Fac, Czychowski, Piepka, Siereckii i Tetter. Wrębiak dał więc polecenie, Szkolnicki za nas poręczył i w ekspresowym tempie obaj z Justynowiczem zostaliśmy członkami partii, która raz zdobytej władzy nigdy nie zamierzała oddać. Na sekretarzy POP Wrębiak typował Faca i Siereckiego. Odbyło się zebranie wyborcze, mrugnęliśmy na siebie z Bogdanem, jeden zgłosił drugiego na sekretarza, Mietek i Tetter zagłosowali za nami i tak, ku zaskoczeniu naszych opiekunów stanęliśmy obaj na czele organizacji partyjnej Gdańskiego Oddziału ZLP. Była to wręcz kpina. Żaden z nas nie przeczytał ani jednego akapitu z dzieł Marksa, Engelsa, Lenina i całej reszty. Swoją władzę potraktowaliśmy jako zabawę. Ponieważ Piepka nie płacił składek partyjnych i miał wyraźną chęć rozstania się z PZPR, więc skreśliliśmy go z listy. Wyrok uprawomocnił się w „dzielnicy”. Potem przyszła kolej na Czychowskiego. Zdarzyło się, że Mietek siedział w modnym w środowisku dziennikarzy i tzw. „mewek” klubie „Rudy Kot” w Gdańsku, opodal Domu Prasy. Miał ze sobą kałamarz z atramentem. Coś pisał, czy rysował. Do klubu wszedł Andrzej Cybulski, szef klubu studentów „Żak”. Mietek miał z nim na pieńku, był już niezbyt trzeźwy. Zamachnął się kałamarzem, który rozbił się na ścianie obok głowy Cybulskiego. Klub trzeba było zamknąć i odmalować. Echa awantury dotarły do Komitetu Wojewódzkiego. Ponieważ Mietkowi przynależność partyjna, podobnie jak Piepce już ciążyła, więc przyszliśmy mu z pomocą. Za chuligańskie zachowanie został wyrzucony z PZPR. Wrębiak był wściekły, być może poniewczasie sprawdził moje pochodzenie. „Towarzyszu – powiedział pewnego razu z powagą. – Jak wy możecie chodzić w amerykańskim krawacie!” Rzeczywiście miałem pod szyją jaskrawo kolorowy krawat w kubistyczne wzory. Kupiłem go na Bazarze Różyckiego. Zabawa wkrótce się skończyła. Zdążyliśmy przygotować trzeci numer „Nabrzeża”, lepszy od pierwszych dwóch, ale druk zatrzymała cenzura. Kaszubom władze wojewódzkie sprokurowały tygodnik „Kaszebe”, intelektualistom miesięcznik „Litery” z wypróbowanymi działaczami partyjnymi w zespole redakcyjnym. POP Związku Literatów została zasilona przez towarzysza „Miszczurnego”, czyli Stanisława Goszczurnego i Michała Misiornego. Obaj z Bogdanem poszliśmy w odstawkę.

Przedarcie się na Parnas nie jest sprawą prostą. To nie tak, że wystarczy usiąść, niegdyś przy maszynie, obecnie przed komputerem, spłodzić jakąś historyjkę, na którą czeka już wydawnictwo i wyciągnąć rękę po honorarium. Nieodzowna jest jeszcze literacka intuicja. Tygodniami kleciłem krótką nowelkę, zżymałem się, kreśliłem, darłem kartki, zaczynałem od nowa. Ciężka praca nowicjusza. Ostatnie półtora roku pracy w budownictwie spędziłem na stanowisku inspektora nadzoru nad remontami mieszkań. To do mnie przychodzili ludzie żebrząc o przyśpieszenie remontu, o pogonienie niedbałych robotników. Byłem zmuszony użerać się z majstrami, którzy rozpoczynali pracę od pół litra wódki. Ktoś, komu pilnie było przestawić piec kaflowy, usiłował wcisnąć mi do kieszeni 20 złotych. Morze tematów do opisania. Starczyło tych budowlanych wydarzeń na trzy tomiki: „Ślad na asfalcie”, „Gwiazdy bez blasku”, „Nim skończy się noc”. „Załuski wydaje się utalentowanym prozaikiem – pisał w wewnętrznej recenzji dla wydawnictwa Ryszard Matuszewski. – Rzetelność obserwacji, znajomość życia, umiejętność kompozycji, prosty oszczędny styl.” Od tej pory, dopóki Matuszewski był kierownikiem literackim „Czytelnika”, miałem do tego wydawnictwa otwartą drogę.

W końcu listopada 1960 roku na Wybrzeżu obradował Zjazd Delegatów ZLP. Obrady odbywały się w sopockim Grand-Hotelu, tam również pożywiali się i nocowali delegaci. Gospodarz zjazdu, prezes Gdańskiego Oddziału, Lech Bądkowski, prosił mnie, abym miał pieczę nad transportem. Kilkanaście samochodów wraz z kierowcami, udostępniły na potrzeby Zjazdu miejscowe zakłady pracy. Należało przybyłych z całej Polski pisarzy dowieźć z dworca kolejowego lub z lotniska do hotelu, w następnych dniach wyprawić ich „w teren”, do świetlic, klubów, szkół, domów kultury na spotkania autorskie. Obyło się bez kłopotów, jedyną scysję miałem z Jerzym Putramentem, który zażyczył sobie być zawiezionym do znajomych mieszkających w Sopocie. Zaprowadziłem go na miejsce, gdzie parkowały nasze samochody. Wszystkie były w rozjazdach, na miejscu stała tylko furgonetka „Żuk”. Przeprosiłem autora „Rzeczywistości” za marny pojazd. Putrament z humorem odparł, że Rydz Śmigły uciekał do Rumunii gorszym wozem. Usiadł obok kierowcy i polecił wieźć się na ulicę Mierosławskiego. Kierowca nie wiedział, gdzie znajduje się owa ulica. Ja również. Powiedziałem, że biegnę już do hotelu po plan miasta, na co Putrament wysiadł z samochodu, trzasnął z całej siły drzwiami, warknął: „Nie potrzebuję niczyjej łaski!” i poszedł przed siebie. Stałem ogłupiały. Jakby nie było miałem do czynienia nie tylko z wiceprezesem Zarządu Głównego ZLP, ale z członkiem Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Problemy, jak zwykle, sprawił Czychowski. Upił się i zaczął rozrabiać. Interweniującego milicjanta uderzył w twarz. Został zatrzymany, za napaść na funkcjonariusza groził mu rok więzienia. Zwróciliśmy się o ratunek do Wrębiaka. Zadzwonił do prokuratora, tłumacząc, że Mietek to kaleki chłopiec ze wsi i należą mu się specjalne względy. Wyrok brzmiał: dwa miesiące aresztu w zawieszeniu.

Na przyjęcie mnie do ZLP musiałem czekać do roku 1963, do wydania drugiego tomu opowiadań. W międzyczasie zaliczyłem najdłuższą w życiu podróż: 4222 mile morskie, czyli ponad 7,8 tysięcy kilometrów. Trzy tygodnie kołysania. Płynąłem starą poniemiecką łajbą z drobnicowca przerobioną na okręt szkolny Marynarki Wojennej o nazwie „Gryf”. Dowodził komandor Romaszewski. Był to rejs bez zawijania do obcych portów, więc władze PRL nie musiały obawiać się, że ktoś z pasażerów, a było nas na pokładzie kilkunastu cywili, zechce w Norwegii lub na Wyspach Owczych poprosić o azyl. W tamtych latach takie przypadki nie stanowiły rzadkości, ale ten temat miałem podjąć dopiero pół wieku później. Były niewygody bytowania w ładowni zaadoptowanej na sypialnię dla 150 osób, z piętrowanymi łóżkami, bez ciepłej wody w kranie. Była nuda, była tęsknota za bliskimi, ale były też wspaniałe pejzaże archipelagu Lofotów i białe noce, kiedy Słońce przez całą dobę nie chciało skryć się za horyzontem. Był sztorm, potężny, trwający kilka dni, gdy nasz okręt stawał w miejscu, niezdolny pokonać sięgających dziesięciu metrów fal, a w mesie rozhuśtana zupa wylewała się z talerzy. Nie traktowałem tego rejsu jako turystycznej wycieczki.

Mieszkałem nad morzem i chciałem pisać o morzu. Nie wyszło najlepiej. Najpierw był scenariusz filmowy. Wysłałem go na konkurs na film o Ludowym Wojsku Polskim. Chciałem zrewanżować się admirałowi, który na mojej pisemnej prośbie o wzięcie udziału w rejsie okrętu Marynarki Wojennej na morza podbiegunowe, postawił jedno słowo: „Tak”. Był to mój debiut w tym gatunku literackim, nagrody nie dostałem, choć scenariusz pisaliśmy we dwóch, z absolwentem łódzkiej „filmówki” Krzysztofem Romanowskim. Ostatecznie owocem rejsu „Gryfem” była przygodowa powieść dla dzieci „Przerwany rejs Czarnych Piratów”. Jak to bywa z książkami dla dzieci, nakład wysoki, wznowienia, sukces raczej merkantylny, a nie artystyczny.

Cechą charakterystyczną tamtych lat było kładzenie nacisku na utwory społeczno-polityczne, problemy z nauką, pracą, rodziną, także z uczuciami damsko-męskimi, te ostatnie odróżniały powieści lat sześćdziesiątych od epoki realizmu socjalistycznego, kiedy pisanie o problemach miłosnych było czymś wstydliwym. Ten nowy gatunek ochrzczono nazwą „małego realizmu” i moje opowiadania dobrze się w nim pomieściły. Mile widziane były powieści historyczne, sięgające raczej do czasów piastowskich, a nie jagiellońskich, czyli epoki gdy Ruś była naszym sojusznikiem, a marchie niemieckie wspólnym wrogiem. Potentatami powieści historycznej byli Gołubiew i Bunsch, do dawno minionych wieków na Pomorzu sięgali Fenikowski i Bądkowski.

Narastały kłopoty z wyborem fabuły kolejnych książek. Porzuciłem pracę w budownictwie i ten temat wysechł. Historia Pomorza mnie wówczas jeszcze nie interesowała. A to, co było dla mnie najbardziej bolesne, zatem najważniejsze, wciąż pozostawało niedostępne ze względów cenzuralnych. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych napisałem sporo słuchowisk radiowych i opowiadań o problemach młodzieży w wieku licealnym. Starczyło tego na dwa średniej objętości tomy. Napisałem także dwie sztuki teatralne. Nie sam. Współautorką była piękna poetka z Warszawy, jedna z bardziej znanych w jej pokoleniu. Pisaliśmy te sztuki w sposób dość nietypowy, bo w koszu na sopockiej plaży, przed Grand-Hotelem. Pierwsza z tych sztuk „Ściana” zdobyła aż dwie nagrody w dużych konkursach na dzieło sceniczne: w Gdańsku i w Krakowie, oraz pochwały „Stulka” Hebanowskiego. Stanisław Hebanowski był bliski wystawienia „Ściany” w Teatrze Wybrzeże, ostatecznie się nie odważył. Obie sztuki były zbyt upolitycznione. Bohaterowie „Ściany” stanowili uosobienie Gomułki i Gierka, „Przykazania”, pisane w stylu Mrożka, zawierały jawną kpinę z rewolucji kulturalnej w Chinach. Obie, pod tytułem „Mur” i wspólnym pseudonimem, jako Aleksander Grey, ukazały się drukiem dopiero w ćwierć wieku później, w roku 1995.

Tymczasem kroiła się fabuła dużej powieści o tematyce współczesnej. Powieść o stoczniowcach. W tym czasie podjąłem pracę w charakterze reportera w tygodniku dla pracowników przemysłu okrętowego „Głos Stoczniowca”. Wędrówki po stoczniach i fabrykach z nimi kooperujących, dziesiątki wywiadów z dyrektorami i robotnikami, „nadbudowa” socjalna tworzona dla załóg, to wszystko powoli narastało w formie materiału do książki. W grudniu 1970 roku byłem zapewne jedynym człowiekiem pióra, który stojąc w nieprzebranych tłumach robotników obserwował jak w kłębach ognia ginie gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku i nasłuchiwał chrzęstu łańcuchów zbliżających się czołgów. Miałem temat, lecz czułem, że nie przebrnie przez ucho cenzury. W tym czasie zmarł mój Ojciec. Pomyślałem, że jestem Mu coś winien. Jemu i tym wszystkim, którzy w 1920 roku zaciągali się do pułków ułanów, z szablą w dłoni odpierając bolszewicki najazd na odradzającą się Ojczyznę i tym, którzy ginęli w Dachau i w Katyniu, a których ostatki zostały wygnane ze swych domów, więzione, prześladowane, pozbawione warsztatów pracy. Miałem dwie możliwości. Nie licząc się z cenzurą zbudować pomnik dla zamordowanej klasy i schować maszynopis w biurku, czy wijąc się niczym przysłowiowy piskorz, napisać coś wydawalnego w istniejących warunkach. Będąc pesymistą, przekonanym, że zdobytej władzy komuna nigdy nie odda, zdecydowałem się na drugi wariant, na kompromis.

Powieść „Szukanie jutra” pisałem kilka lat. Była obszerna, 23 arkusze wydawnicze. Posłałem ją do Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, która ogłosiła właśnie konkurs na powieść o wsi. Zgodnie z przewidywaniami powieść była na tyle trefna, że nie przyznano mi nagrody, ale temat zafrapował jurorów i wydawnictwo podpisało ze mną umowę. Wypłacono mi 90 procent honorarium, powieść miała się ukazać w roku 1978. Ale się nie ukazała. Minął rok 1979. I nic. Kierowniczka działu literatury pięknej pani Niemcowa bezradnie rozkładała ręce. „Nie mamy papieru. Wydajemy tylko cienkie książki. A pańska jest taka gruba…” Nie wiem jak długo bym czekał i czy „Szukanie jutra” otrzymałoby kiedykolwiek zielone światło, gdyby nie nadszedł Sierpień 1980 roku. Już we wrześniu otrzymałem z LSW depeszę z prośbą o pilny przyjazd do Warszawy. „Wezwaliśmy pana, bo chcemy w pierwszej kolejności wydać książki, wobec których są jakieś obiekcje – usłyszałem wyjaśnienie pani Niemcowej. – Nie wiadomo jak długo będzie to możliwe.” Pomimo dobrych chęci kierownictwa LSW powieść ukazała się dopiero w stanie wojennym, w roku 1982. Cenzura interweniowała tylko w kilku miejscach. W scenie, gdy właścicielka majątku ziemskiego na widok najazdu na dwór milicjantów krzyczy ku nim: „Gestapo!”, cenzor zmienił ten wyraz na „niegodziwcy!”

W stanie wojennym nowo mianowany redaktor naczelny Włodzimierz Jabłoński wyrzucił mnie z redakcji „Głosu Stoczniowca”. Z pracą w „Głosie” pożegnał się także Mirek Stecewicz oraz Bolesław Fac. Była to zemsta na pisarzach, którzy parę lat przed sierpniowym strajkiem doprowadzili do usunięcia Jabłońskiego ze stanowiska dyrektora Wydawnictwa Morskiego, głównego wydawcy naszych książek. Pod naciskiem ZLP, nieżyczliwy nam dyrektor musiał ustąpić, lecz pozostał w nomenklaturze partyjnej i wkrótce otrzymał okazję, by się nam zrewanżować. W przypadku Faca i mnie na decyzję Jabłońskiego mogło także zaważyć demonstracyjne opuszczenie PZPR. Legitymację partyjną oddałem wiosną 1978 roku, Fac uczynił to w trzy lata później. Stecewicz całe życie był bezpartyjny.

Znalazłem się w trudnej sytuacji. Honorarium za „Szukanie jutra” zdążyłem przejeść, a żyć trzeba było. Tylko z czego? Z pomocą przyszedł Mirek Stecewicz, który od pewnego czasu pisał wiersze o czarodziejskiej wyspie Umpli Tumpli. Miał tych wierszy kilkaset. Okazały się jednak za trudne, nie trafiały do dziecięcej wyobraźni. Mirek zaproponował więc, abym każdy wiersz przerobił na bajeczkę prozą, z przystępną dla maluchów fabułą. Działając w spółce, w ciągu kilku lat wydaliśmy 12 książek w nakładzie znacznie przekraczającym pół miliona egzemplarzy. Wystarczyło to, aby dożyć do końca PRL-u. Potem zaczęły się ciężkie czasy. Związek Literatów, podobnie jak powstałe w 1990 roku Stowarzyszenie Pisarzy, nie miał własnych dochodów. Opłaty lokalu przy ulicy Mariackiej w Gdańsku, czyli czynsz płacony miastu, etat sekretarki oraz gospodyni, obsługującej bufet i sprzątającej pomieszczenie, regulowała Biblioteka Wojewódzka. Po transformacji ustrojowej zostaliśmy pozostawieni samym sobie. Zawisła nad nami groźba utraty siedziby na zebrania, wieczory autorskie itp. Ówczesny prezes Oddziału profesor Andrzej Piskozub zdołał ułożyć się z władzami miasta i lokal pozostał przy nas, a dochód z uruchomionej w nim kawiarni, pozwolił opłacać czynsz i inne świadczenia.

Rzadko bywałem teraz na Mariackiej. Rozbicie środowiska i wzajemne animozje były zbyt bolesne, abym angażował się w pracę społeczną. Z całą siłą uderzyła mnie kwestia emerytury. Świadczenia ZUS-owskie dla artystów od zawsze były skandalicznie niskie. Nie wchodziły do nich wszystkie umowy o dzieło, czyli w przypadku pisarzy honoraria za książki, druk w czasopismach, nagrody, spotkania autorskie, wykłady, prelekcje. Podobnie ZUS nie uwzględniał ceny obrazu sprzedanego przez malarza, czy wynagrodzenia wirtuoza za koncert. Nie wyjaśniona pozostawała kwestia stażu pracy. Kto nie pracował odpowiednio długo na etacie i nie pobierał niezłej pensji, ten miał w perspektywie niewesołą starość. W latach siedemdziesiątym zamieściłem w warszawskiej „Kulturze” artykuł, w którym zwróciłem uwagę, że skoro pisarstwo jest uznawane za zawód, byłoby sprawiedliwym, gdyby Ministerstwo Kultury płaciło uznanym ludziom pióra pensję. Na takiej samej zasadzie jak płaci się robotnikowi, czy urzędnikowi. Artykuł wywołał spore poruszenie w środowisku. Głosy krytyki dotyczyły głównie wysokości pensji, zdaniem polemistów kwota zaproponowana przeze mnie wydała im się zbyt niska. Partia przemilczała mój artykuł, Ministerstwo Kultury również. Jednak wkrótce wprowadzone zostały emerytury twórcze. Staż wyliczano od dnia wstąpienia pisarza do ZLP. Składki na ZUS wpłacaliśmy sami, według własnego uznania. Władowałem w to sporo grosza i, gdy już byłem blisko wieku emerytalnego, Leszek Balcerowicz jednym pociągnięciem pióra zlikwidował emerytury twórcze, przy czym ZUS nie zwrócił nikomu kwot wpłacanych przez twórców na swoje konto.

Miałem blisko dziesięć lat pracy w budownictwie, podobną ilość w redakcjach czasopism.  Więc jakaś emerytura mi przypadła. A inni? Ci, którzy żyli ze sprzedaży obrazów, koncertów, honorariów za książki, stypendiów, nagród? Oni wszyscy zostali okradzeni, co najsmutniejsze w majestacie prawa. Kiedyś spotkałem na ulicy Mietka Czychowskiego. Wyglądał źle, pewnie już nosił w piersi nowotwór, który wkrótce miał go zabić. „Wiesz – powiedział z jakimś rozpaczliwym uśmiechem. – Wczoraj kupiłem w sklepie szkielety. Ugotowałem sobie rosół. Mówię ci, dawno nie jadłem nic tak smacznego”. Kości z kurczaka, dokładnie obłupione z mięsa, stanowiły symbol ostatniego dziesięciolecia XX wieku. Zacytowane wyżej słowa wygłosił najwybitniejszy żyjący wówczas na Pomorzu poeta. Znakomity artysta, kaleka, bezradny wobec okrucieństwa systemu, zwanego wolnym rynkiem. Takiego artystę mecenat państwowy powinien był hołubić niby najcenniejszy skarb. Ale mecenatu nie było. Zamiast tego, niby grzyby po deszczu zaczęli wyrastać celebryci, zadufane w sobie indywidua, którym już wtedy się zdawało, że każdy powinien bić im pokłony.

Narzekam, przeklinam. Czy nie bez racji? Na moich oczach padały wydawnictwa, zrywano umowy z autorami, intelektualiści sprzedawali wysłużone fiaty 126p, aby dziecku kupić buty do szkoły, cudowne redaktorki, które wypieszczały nasze dzieła, dbałe o każdy przecinek, każdą literę, uciekały na rentę. Ostatnią książkę z serii „Na wyspie Umpli Tumpli” udało się wydać w wydawnictwie, którego właścicielem był były esbek. Sprzedawała się gorzej od wcześniejszych. Już byliśmy zalewani przez anglojęzyczną szmirę, mającą nad nami kolosalna przewagę, bo miliony wydawane na reklamę. Honorarium za „Miasto z chmur” nie otrzymaliśmy. Ani Stecewicz, ani ja. Właściciel wypłacił nam należność w egzemplarzach książki. Mogłem je rozdać przyjaciołom posiadającym małe dzieci lub sprzedać na rynku. Aby cokolwiek zarobić napisałem książkę sensacyjną. Akcję umieściłem w Londynie. Główna bohaterka, piękna studentka z Warszawy, przybyła do Wielkiej Brytanii „na zmywak” i zostaje porwana przez przebogatego arabskiego szejka. Bzdura kompletna, ale wydawnictwo przyjęło mnie ciepło. Wcześniej wydali dwie moje książki, w nakładzie 80 tysięcy egzemplarzy, teraz spodziewali się, że thriller pozwoli im przetrwać trudny czas. Gdy powieść znalazła się w księgarniach, zgłosiłem się po honorarium. Wydawnictwo mieściło się na piątym piętrze narożnej kamienicy przy Placu Unii Lubelskiej w Warszawie. Fronton upstrzony był tabliczkami mieszczących się tam firm. Jedno miejsce było puste. Po moim wydawnictwie. W dawnym gabinecie dyrektorki urzędował syndyk masy upadłościowej. „Pan nic nie dostanie – usłyszałem. – W pierwszej kolejności musimy zaspokoić roszczenia firm, u których wydawnictwo było zadłużone, potem pensje pracowników. Autorzy są na końcu kolejki. Dla wszystkich nie starczy”.

Przestałem pisać. A raczej pisałem dla siebie i dla historii. Kilka tysięcy stron wspomnień, spojrzenia na Polskę XX wieku. Byłem rozgoryczony, równocześnie wierzyłem, że w zamian za nędzę, w jaką wepchnęła mnie III Rzeczpospolita, otrzymałem rzecz bezcenną. Wolność pisania prawdy, bez balastu cenzury. Więc z początkiem nowego wieku ponownie zacząłem pisać. Pierwsza książka nosiła tytuł „Wygnanie z Arkadii”. Były to wspomnienia z lat dziecięcych i z okresu II wojny światowej, także to wszystko co na temat życia dworu ziemiańskiego opowiedział mi Ojciec. Książkę sfinansowało Towarzystwo Miłośników Ziemi Ciechanowskiej, mojej rodzinnej Ziemi. O nakładzie lepiej nie wspominać. Wyniosło 500 egzemplarzy. Honorarium zero złotych. Ale przynajmniej nie musiałem płacić za druk. A to już się rodziło, już niektórzy autorzy, odepchnięci przez wydawców, którzy przedstawionych im maszynopisów nawet nie czytali, wydawali tomiki poetyckie na własny koszt i rozdawali w prezencie przyjaciołom.

Kolejna książka, którą udało mi się wydać to „Historia Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego 1990-2010”. Jesienią 1989 roku podjąłem inicjatywę powołania organizacji skupiającej byłych ziemian i ich potomków wypędzonych ze swych gniazd przez siepaczy z NKWD, Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, oraz funkcjonariuszy Polskiej Partii Robotniczej. Chciałem przywrócić godność ludziom w bezprawny sposób wyzutych z ziemi i mienia ruchomego, dręczonych w ciągu 45 lat przez tak zwaną Ludową Ojczyznę. Udało się. W ciągu roku, organizacja, którą zakładałem praktycznie sam, liczyła ponad dwa tysiące członków. Powstały oddziały zagraniczne w Wielkiej Brytanii, we Francji, oraz zamorski w USA i Kanadzie. Do Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego przystąpiłoby wielokrotnie więcej osób, gdyby nie zniechęcająca postawa kolejnych rządów, które twardo przeciwstawiały się jakimkolwiek odszkodowaniom za zrabowane majątki, nie mówiąc już o zwrocie w naturze. To utwierdzało ziemian i ich spadkobierców w przekonaniu, że od upadku PRL nic się nie zmieniło, a wszyscy polscy politycy – od Mazowieckiego poczynając, a na Tusku kończąc – są identycznymi komunistami jak Bierut czy Gomułka. Jedyną, uchwaloną przez Parlament ustawę reprywatyzacyjną zawetował prezydent z PZPR-owskiego nadania, Aleksander Kwaśniewski. Moja książka obejmowała mijające dwudziestolecie istnienia PTZ. Należność za druk, na polecenie ówczesnego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, który niespodziewanie stał się moim sponsorem, pokryła jedna ze spółek miejskich.

Tak jak alkoholik nie jest w stanie powstrzymać się od spożywania alkoholu, tak pisarz ma w sobie coś, co zmusza go do pisania. Nawet wtedy, gdy za swą pracę nie otrzymuje żadnego wynagrodzenia, jeśli musi do swej książki dopłacić. Na warsztat wziąłem wydane w roku 1982 „Szukanie jutra”, które gruntownie przerobiłem i rozszerzyłem, likwidując fragmenty narzucone przez cenzurę i autocenzurę. Powstała zupełnie nowa powieść, której akcja objęła osiem lat pomiędzy końcem wojny, a śmiercią Stalina. Stał się też cud, znalazłem oficynę, która zawarła ze mną umowę wydawniczą na normalnych zasadach. Powieść, nosząca tytuł „W cieniu tyrana” ukazała się w roku 2014 nakładem Wydawnictwa „Bernardinum” w Pelplinie i w następnym roku została uhonorowana główną nagrodą w dziedzinie prozy na Targach Książki Costerina 2015 w Kościerzynie, jako najlepsza powieść wydana w tamtym roku na Pomorzu.

Kolejna powieść, pochodziła z 2016 roku, nosiła tytuł „Układanka” i również ukazała się w wydawnictwie „Bernardinum”. Minęły kolejne dwa lata i wydawnictwo pelplińskiej kurii wydało moją kolejną książkę o tytule „Pozostał Bóg i Honor”. Jest to pierwsza powieść, w której zmierzyłem się z historią. Dzieło liczące 1206 stron ukończyłem mając 88 lat. Nie jest to stricte powieść historyczna. Może lepiej byłoby nazwać ją pracą polemiczną. Polemiką z oficjalną wersją historii z czasów panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, Konstytucją z 3 maja 1791 roku, rozbiorami.  Pisząc tę ogromną objętościowo książkę miałem nadzieję, że wzbudzi ona dyskusję, choćby miało to być wylewaniem na moją głowę kubłów pomyj, jak w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku miało to miejsce z pracą mojego imiennika (ale innego herbu) pułkownika Zbigniewa Załuskiego: „Siedem polskich grzechów głównych”. Nic takiego się nie stało. Zostałem ponownie nagrodzony w konkursie „Costierina”, na najwybitniejszą książkę Pomorza Gdańskiego i – poza kilkoma recenzjami – to było w zasadzie wszystko. Żadnego zaczynu polemiki. Czyżby Polacy nie byli już w stanie dyskutować o własnej historii? Smutne to i źle wróżące naszemu państwu.

W maju tego roku stuknęło mi 91 lat. Napisałem kolejną powieść stanowiącą drugą część „W cieniu tytana” o tytule „Miłość w czasach tyranii”. Akcja obejmuje lata od śmierci Stalina do wyklucia się opozycji, zwanej demokratyczną. Już niewielu żyje ludzi, którzy na te lata patrzyli oczami dorosłych. Wysłałem tekst do 17 wydawnictw, nikt nie odpowiedział… Może koronawirus sparaliżował wydawców, a może nikomu nie chciało się czytać grubaśnej powieści. Jeśli Bóg lub natura da mi jeszcze ze dwa, trzy lata życia, napiszę kolejną część. Chciałbym doprowadzić akcję do czasów współczesnych. Opowiedzieć o nowym podmywającym nas neokomunizmie, który może być nawet groźniejszy od marksistowskiego pierwowzoru, bo mamiąc wolnością, równością i sprawiedliwością, tak naprawdę odbiera ludziom fundamentalne wartości: Boga, Honor i Ojczyznę.

„Stulecie literatury polskiej na Pomorzu” zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – „Kultura w sieci”. Audycje te dostępne są także bezpłatnie w mediach społecznościowych i strumieniowych (Spotify, YouTube oraz na Facebooku). https://open.spotify.com/show/6IcZPHMbnaGEbMm2hnHaTK?si=zxELveLnS62u87S32qL-NA#_=_