Stulecie Literatury Polskiej na Pomorzu. Część II, czyli od niepodległości do socrealizmu / Stanisław Załuski

0
22

„Oto dzień krwi chwały. Jest on dniem wolności, bo rozpostarł skrzydła Orzeł Biały nie tylko nad ziemiami polskimi, ale i nad morzem polskim”.

To pierwsze słowa z przemówienia generała Józefa Hallera, wygłoszone na plaży w Pucku 10 lutego 1920 roku. Był to dzień zaślubin Polski z Bałtykiem, a zarazem dzień włączenia Pomorza w skład Rzeczpospolitej. Inaczej niż w Wielkopolsce i na Śląsku, gdzie ustanowienie granicy polsko – niemieckiej łączyło się z krwawymi walkami, z Pomorza niemieckie wojska ustąpiły praktycznie bez oporu, odnotowano tylko liczne akty sabotażu.

Jaka pogoda panowała tego dnia w Pucku, dokładnie nie wiadomo. Na obrazie Wojciecha Kossaka namalowanym z tej okazji, widzimy wzburzone morze i niebo częściowo pokryte chmurami. Zdaniem Kaszubów, mieszkańców tej ziemi, Zatoka Pucka była wówczas pokryta lodem. Kossaka na uroczystości nie było, należałoby raczej wierzyć ludziom miejscowym. Wątpliwości budzą jednak kolejne czynności generała Hallera, który, w towarzystwie podpułkownika Władysława Zakrzewskiego wjechał konno w morze i w akcie zaślubin z Bałtykiem, cisnął w fale platynowe pierścienie, ufundowane na tę okazję przez polskich Gdańszczan, przede wszystkim przez rodziny Leszczyńskich i Raciniewskich. Gdyby morze było skute lodem, kłusowanie po nim stanowiłoby ryzyko zarówno dla oficerów, jak ich rumaków. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku wielokrotnie zdarzyło mi się spacerować po zamarzniętej Zatoce Gdańskiej, jednak ciężar konia plus jeźdźca to nie waga pojedynczego człowieka, trzeba by nie lada mrozu, aby móc bezpiecznie wjechać na śliską taflę. Należałoby również wyrąbać przeręble, bo przecież generał nie mógł, w oczekiwaniu na odwilż, pozostawić pierścieni na lodzie, a na brzegu wystawić posterunek wojskowy, chroniący klejnoty przed złodziejami.

Nie bądźmy jednak drobiazgowi. Jaka pogoda i temperatura była, taka była. Następnego dnia, 11 lutego, ostatni żołnierze niemieccy opuścili Pomorze, Polska zyskała 140 kilometrów linii brzegowej oraz Pojezierze Kaszubskie, krainę lasów i jezior, do dziś niewyzyskaną turystycznie, na niekorzyść modnych w Warszawie Warmii i Mazurach. Przed Pierwszą Wojną Światową Pomorze stanowiło niewiele warte peryferia cesarstwa niemieckiego, natomiast zaniedbanie gospodarcze, a w konsekwencji również kulturowe, w dwudziestoleciu międzywojennym miało swe źródło w postanowieniach Kongresu Wersalskiego pozostawiających stolicę prowincji, wraz z najbliższymi okolicami poza Polską, twór podległy Lidze Narodów, zwany Wolnym Miastem Gdańsk.

Nie można zarzucić włodarzom Drugiej Rzeczpospolitej niezdawania sobie sprawy z ważności posiadania „okna na świat”. Świadczą o tym dwie sztandarowe inwestycje tamtych czasów: budowa nowoczesnego portu w Gdyni oraz Magistrala Węglowa, linią kolejową łącząca Śląsk z Wybrzeżem. U nasady Półwyspu Helskiego powstał ponadto port rybacki o nazwie Władysławowo, którego budowę ukończono rok przed Drugą Wojną Światową. A u nasady półwyspu – port wojenny, będący w tamtych czasach główną bazą polskiej Marynarki Wojennej. Opodal wsi Jastarnia rozsiadła się Jurata, eleganckie uzdrowisko, stanowiące alternatywę dla pozostawionego w Wolnym Mieście Gdańsk, zniemczonego Sopotu.

A jak odzyskanie przez Polskę dostępu do Bałtyku odcisnęło się w literaturze tamtego okresu?

Stefan Żeromski

W dwudziestoleciu międzywojennym nad polskim morzem działo się wiele i tym bardziej zadziwia małe zainteresowanie tym regionem ze strony ludzi pióra. Znaczenie dostępu do morza dla odrodzonej po zaborach Rzeczpospolitej jako pierwszy i niemal jedyny zrozumiał Stefan Żeromski. Tematyce morsko-kaszubskiej poświęcił wprawdzie tylko jedną powieść, ale też nie miał zbyt wiele czasu, zmarł 20 listopada 1925, w siedem lat po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Jedna z najwybitniejszych jego powieści, choć nie tak rozreklamowana i poczytna jak „Popioły” czy „Przedwiośnie” –  „Wiatr od morza” mówi o historii Pomorza widzianej oczami Kaszubów, poddanych przemożnej sile Smętka, czyli diabła uosabiającego niemieckiego najeźdźcę. Pisarz przeciwstawia się filozofii Sebastiana Klonowica, który pisał: Może nie wiedzieć Polak, co to morze / Gdy pilnie orze. Swoim przenikliwym umysłem Żeromski doskonale zdawał sobie sprawę, że dla kraju takiego jak Polska, budującego nową tożsamość po wieku niewoli, dostęp do morza stanowi wartość nie do przecenienia. I chwała mu za to.

Żeromski, jako miejsce zamieszkania, ponad brzegi Bałtyku przekładał góry. Mimo to pisał o morzu, wiedząc, że to ważny temat. Pisarz był pierwszym prezesem polskiego PEN Clubu, czterokrotnie nominowanym do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Niestety bezowocnie.

Stanisława Przybyszewska

Stanisława Przybyszewska urodzona 1 października 1901 roku, zmarła 15 sierpnia 1935, oczywiście w Gdańsku, gdzie mieszkała dwanaście lat. Ani o morzu, ani o Kaszubszczyźnie jednego słowa nie napisała. Nie można mieć o to żalu do niej. Wybitny pisarz, a autorce „Sprawy Dantona” talentu odmówić nie sposób, nie ma obowiązku pisać na zamówienie. Pisze o tym, co kocha. Przybyszewska pokochała Rewolucję Francuską i nią się wyłącznie zajmowała. Jej bohaterem stał się Maksymilian Robespierre. Miłość do potworów brzmi przerażająco, ale śledząc życiorys Przybyszewskiej do wszelkich dziwactw można przywyknąć. Pisała wiele opowiadań, prawie żadnego nie ukończyła. Finału nie doczekała także sztuka „Thermidor”, przewidziana jako dalszy ciąg „Sprawy Dantona”. Zmarła w nędzy, niemal z głodu. Pochowana w Gdańsku, na cmentarzu w dzielnicy Chełm, jej grób nie dotrwał do naszych czasów. Po szynach morskiej stolicy Polski jeździ obecnie tramwaj imienia Stanisławy Przybyszewskiej, a przed budynkiem przedwojennego Gimnazjum Polskiego przy ulicy Augustyńskiego leży poświęcony jej kamień. To wszystko co pozostało nad Motławą po autorce jednej z lepszych polskich utworów teatralnych dwudziestego wieku.

Mieczysław Zydler

W jednym z artykułów Mieczysław Zydler nazwał Gdynię niechcianym miastem. Niechcianym przez pisarzy. Faktycznie on sam był niemalże wyjątkiem, który po odzyskaniu niepodległości osiedlił się nad Bałtykiem, konkretnie w Karwi. Pan Mieczysław urodził się w Warszawie 28 maja 1899 roku, zmarł w Sopocie 10 lipca 1971 roku. Debiutował na antenie Polskiego Radia w roku 1932, pierwsza książka „Urlop na wodzie” ukazała się w roku 1938. W wieku dwudziestu lat został inwalidą wojennym. Nie wiem gdzie walczył. Z Niemcami w Powstaniu Wielkopolskim, czy na Wschodzie z bolszewikami? Był raczej milkliwy – o sobie nic nie mówił. Pisał prozą, był także tłumaczem z języka angielskiego. Do ZLP należał od 1945 roku. Samym wyglądem budził szacunek, gdy postukując sztuczną nogą wchodził na zebrania związkowe. Wiedziałem, że nie odda głosu na kandydatów popieranych przez podstawową organizację partyjną.

Edwin Jędrkiewicz

Do pisarzy, którzy debiutowali przed II wojną światową i, na krócej lub dłużej, byli związani z morzem i Pomorzem, należy Edwin Jędrkiewicz. Urodził się 16 kwietnia 1889 w Wadowicach, zmarł 4 września 1971 w Mediolanie. Z wykształcenia filozof. Debiutował w roku 1911. Pierwsza książka „Świątki i centaury” wyszła w roku 1921. Był tłumaczem z łaciny na język polski. Od 1928 do 1951 mieszkał w Gdańsk. Po wojnie został przewodniczącym Bractwa Literackiego skupiającego pisarzy zamieszkałych w Gdańsku (ale nie w Sopocie), a następnie pierwszym prezesem oddziału gdańskiego ZLP. Przed opuszczeniem Wybrzeża zdążył odebrać nagrodę miasta Gdańska.

Gustaw Olechowski

Gustaw Olechowski urodził się w roku 1874 roku. Zadebiutował w wieku 35 lat. Był autorem wielu powieści historycznych, sławiących dzieje polskiego oręża. Same tytuły tych książek czynią z niego ostatniego rycerza Okrągłego Stołu. Najgłośniejsza z tych powieści, wydana w roku 1929, nosi tytuł „Wódz” i jest poświęcona postaci Marszałka Józefa Piłsudskiego. Po wojnie Olechowski zamieszkał w Sopocie. Był prześladowany przez władze komunistyczne. Jego nazwisko pomijają wszystkie wydawane w PRL leksykony. Że na Wybrzeży istnieje taki pisarz dowiedziałem się od zamieszkałego w Sopocie impresaria, pana Antoniego Łukaszewskiego, który organizował mu po cichu spotkania autorskie, w miejscowościach do których nie sięgało groźne oko peerelowskich cenzorów. Honoraria za te spotkania były, jak się zdaje jedynym sposobem utrzymania się pana Olechowskiego przy życiu. Nie zdążyłem poznać tego niezwykłego człowieka, Gustaw Olechowski zmarł w Sopocie w roku 1957, gdy stawiałem dopiero pierwsze kroczki w literaturze.

Mieczysław Jarosławski

Mieczysław Jarosławski urodził się w roku 1887. Z zawodu był lekarzem. Debiutował w roku 1921. Po wojnie osiadł w Gdańsku, został jednym z założycieli Gdańskiego Oddziału ZLP. Ostatnia jego książka, to „Bunt na Dalmorze”, wydana w roku 1957. Jarosławski zmarł 9 listopada 1961 roku.

Włodzimierz Wnuk

Z pokolenia pisarzy urodzonych przed I wojną światową i debiutujących przed II wojną, a którzy po roku 1945 zawadzili o Wybrzeże Gdańskie, należy wspomnieć o zakopiańczyku, Włodzimierzu Wnuku, urodzonym 15 maja 1915 i zmarłym 7 września 1992. Był autorem wielu książek, w tym jednej poświęconej Pomorzu. Był to cykl reportaży „Wiosła nad Motławą”.

Zofia Meisner-Denis

Jedną z pierwszych pisarek jakie zakotwiczyły w Sopocie po wojnie była Zofia Meisner-Denis. Urodziła się w roku 1900 w Krakowie. Była nauczycielką, działaczką Związku Harcerstwa Polskiego. W Dwudziestoleciu ukazało się kilka jej powieści określanych jako literatura obyczajowa. Po przeprowadzce do Sopotu napisała powieść „Wraki”, poświęconą nurkom oczyszczającym wody Bałtyku z zatopionych podczas wojny okrętów. Pech chciał, że niemal równocześnie powieść pod tym samym tytułem i o tej samej tematyce napisał Janusz Meissner. Mając do wyboru dzieła jednego z najpopularniejszych wówczas pisarzy i prawie nieznanej nauczycielki, wydawnictwo zdecydowało się na druk ówczesnego celebryty. Książka pani Meisner się nie ukazała. W ostatnich latach życia pani Meisner napisała książkę pod tytułem „Obrońcy Westerplatte”. I znowu miała pecha. Książka została wydana w roku 1958, w dwa lata po śmierci autorki.

Leszek Prorok

Jak widać na przykładzie Leszka Proroka, miejsce zamieszkania nie ma wiele wspólnego z podejmowanymi przez pisarza tematami. Ten warszawiak od kołyski po grób, w roku 1939 zadebiutował powieścią „Dzień nad Motławą”. Miała to być część wielkiego dzieła historycznego, noszącego tytuł „Diament Rzeczypospolitej”, ostatecznie ukazała się tylko część pierwsza, której bohaterem jest Gdańsk siedemnastowieczny.

Prorok, urodził się 28 kwietnia 1919, zmarł 9 grudnia 1984. Na przeszkodzie napisania całości „Diamentu” stanęła zapewne II wojna światowa, która skierowała twórczość żołnierza Narodowych Sił Zbrojnych na inne tory. Trzeba podkreślić, że Prorok również po wojnie nie odszedł całkowicie od marynistyki. Prócz „Dnia nad Motławą” na jego konto należy zapisać powieść „Lądy nieuniknione” oraz nowele poświęcone sprawom morza. Niewiele miesięcy przed śmiercią pisarz otrzymał skojarzoną z morzem nagrodę im. Mariusza Zaruskiego.

Marian Promiński

W czterdziestopięcioleciu PRL pisarze rzadko mieli okazję zaokrętować się na statki PLO lub PŻM w charakterze pasażerów. Rejs dalekomorski kosztował słono, pochłaniał sporo czasu, a rezultat twórczy bywał różny. Jednym z nielicznych, który wykorzystał okazję był Marian Promiński, urodzony w Turku nad Stryjem 16 sierpnia 1908 roku, zmarły w Krakowie 20 stycznia 1971.

Absolwent filozofii Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, debiutował w latach trzydziestych opowiadaniami, potem napisał powieść „Ludigerowie”, która została skonfiskowana ze względów obyczajowych i ukazała się dopiero w PRL pod innym tytułem. Po repatriacji z kresów Wschodnich Promiński na kilka lat zamieszkał w Koszalinie – stąd widać ciekawość morza. W 1964 ukazała się jego powieść „Marynarze”, fabularny opis rejsu statkiem handlowym na Daleki Wschód. Powieść sprawnie napisana. Jest w niej wątek miłosny – romans młodego oficera z żoną kapitana, jest sensacja – ratowanie rozbitka. Czy Promiński przeżył to osobiście, czy morskie przygody to wynik pisarskiej wyobraźni – nie wiadomo, w każdym razie wypadło realistycznie. O tym, że zapotrzebowanie na tego rodzaju literaturę było widać po parokrotnym wznawianiu powieści.

Ewa Szumańska             

Ewa Szumańska to popularna aktorka, sławna „młoda lekarka” z kabaretu Jacka Fedorowicza „60 minut na godzinę”. Urodziła się w Warszawie 20 maja 1921 roku, jako pisarka debiutowała w 1948. Od 1946 mieszkała we Wrocławiu. „Ludowa ojczyzna” zafundowała jej kilka morskich podróży, a Szumańska solidnie wywiązała się z powierzonego jej zadania i napisała kilka powieści morskich. Wystarczy wymienić „Czekanie na pilota”, „Blizna”, „Inny rytm”. Należy przypuszczać, że zleceniodawcy nie byli tymi powieściami zbudowani. Ich atmosfera jest przygnębiająca. Autorka pisała o tym, co widziała na własne oczy. Ciasnota, warunki zbliżone do więzienia, tęsknota za rodziną, kłótnie, tworzenie się klik lepszych i gorszych. Autorka dożyła sędziwego wieku, zmarła 17 maja 2011 roku, trzy dni przed ukończeniem 90 lat.

Eugenia Kobylińska-Masiejewska

Eugenię Kobylińską-Masiejewską zapamiętałem jako przemiłą, starszą panią. Urodziła się w Wilnie 8 grudnia 1894 roku, zmarła 26 lutego 1974. Członkiem Związku Zawodowego Literatów Polskich została w roku moich urodzin, 1929. Mogłem więc traktować ja niemal jak babcię. I ona rzeczywiście miała w sobie ciepło, zarazem naiwność babci. Przez całe życie zawodowe pracowała jako nauczycielka. W prasie zadebiutowała w roku 1916, pierwsza jej powieść: „Utopiona lalka, erotyk nadmorski” ukazała się trzy lata później. W okresie między wojnami pisała przeważnie wiersze, po wojnie powieści, głównie dla dzieci i młodzieży. Ostatnia jej powieść „Córki chcą inaczej”, przeznaczona dla nastolatek, w ciągu kilku lat miała cztery wydania.

Irena Przewłocka

O ile panią Eugenię miałem za poczciwą starszą panią, o tyle Irena Przewłocka była prawdziwą damą, jak mówiono w tamtych czasach „lwicą salonową”. Urodziła się 28 sierpnia 1911 roku w miejscowości Haczanówka, pod berłem cesarza Mikołaja II. Studiowała polonistykę na Uniwersytecie Jana Kazimierza w Lwowie. Uczelnię opuściła w 1936 roku z tytułem doktorskim i był to jej debiut na literackiej niwie. Jej pierwsza powieść: „Miasto w ogniu” ukazała się już po wojnie, w roku 1948. W trzy lata potem została przyjęta do ZLP i przez dwie kadencje, do roku 1956 pełniła funkcję członka zarządu Oddziału Gdańskiego. Dlaczego nie wybrano jej w okresie Października na trzecia kadencję, nie wiem. To jeszcze nie był mój czas, stawiałem dopiero pierwsze kroki w Gdańskiej Grupie Młodych. W parę lat potem miałem okazję zaliczyć z panią Ireną pouczającą przygodę. Wydział Kultury Miejskiej, czy też Wojewódzkiej Rady Narodowej, jak każdego roku ogłosił konkurs na nowelę. Z sowitymi nagrodami. Napisałem właśnie opowiadanie „Karzeł”, które wtedy wydawało mi się szczytem moich możliwości, więc wysłałem je na konkurs. Przewodniczącą jury była pani Przewłocka. Gdy ogłoszono wyniki i moja praca nie znalazła się wśród nagrodzonych, korzystając z jakiejś okazji zapytałem panią Irenę, co takiego w „Karle” się jej nie podobało. „Więc to pan był autorem! – zdziwiła się. – Ależ tak! To bardzo dobra proza. Zastanawialiśmy się w jury kto to mógł napisać i doszliśmy do wniosku, że to ktoś spoza naszego środowiska. Trzeba było szepnąć słówko”. Od tej pory straciłem zaufanie do wszelkich konkursów literackich. Nie straciłem natomiast sympatii do pani Przewłockiej. Niewątpliwie była miłą, kulturalną osobą, a Piotr Kuncewicz nazwał ją „Marynistyczną ozdobą Sopotu”. Tam właśnie zmarła w roku 1991.

Maria Helena Szpyrkówna

Z żalem przyznaję, że nie miałem okazji poznać Marii Heleny Szpyrkówny. Gdy w roku 1956 na ponad 60 lat z okładem rozgościłem się w Gdańskim Oddziale ZLP, nie było jej już na Wybrzeżu. A szkoda, bo była to niezwykła osoba.

Na świat przyszła 13 października 1893 roku w Witebsku, lub pod Witebskiem, w majątku ziemskim swego ojca Michała Horskiego-Szpyrko. Uczyła się w Instytucie Szlachetnie Urodzonych Panien w Petersburgu. Tak! Tak! To był ów słynny Pałac Smolny, gdzie w październiku 1917 Lenin zapoczątkował demolowanie świata. Debiutowała jako poetka w wieku 16 lat, pierwszy tomik wierszy ukazał się w roku 1911. W dwa lata później przyszedł czas na trylogię o Nenie: „Nena zaczyna żyć”, „Nena się uczy”, „Nena się kocha”. Nie czytałem, choć tytuły poszczególnych części brzmią intrygująco. Studia filozoficzne pani Maria rozpoczęła na Uniwersytecie Jagiellońskim i musiała przerwać skutkiem wybuchu I wojny światowej. Rewolucja dopadła ją w Petersburgu, jakoś zdołała uciec do Polski, gdzie wkrótce napisała dwie sprzężone z sobą powieści: „Grzech” i „Wielki Cham” (czyżby o „wodzu rewolucji”?). W latach dwudziestych i trzydziestych dużo pisała, jej powieści były wielokrotnie wznawiane. Współpracowała z prasą, działała w dyplomacji, w roku 1922 założyła Konsulat Polski w Chicago. Jej „konikiem” stało się morze. Idąc w ślady Żeromskiego, podjęła ten temat. Napisała powieść „Błękitne pogranicze”, tom opowiadań „Powrót na Bałtyk”, reportaż poświęcony Gdyni i zadedykowany Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu, „Miasto na żaglach”. II wojnę światową spędziła w Otwocku ratując ludzi wypędzonych po Powstaniu z Warszawy. Po wojnie zamieszkała na kilka lat w Sopocie. W roku 1950 otrzymała pierwszą nagrodę w konkursie poetyckim „Słowo o Gdańsku”.

Pogłębiające się kłopoty zdrowotne zmusiły ja do powrotu do stolicy. Jakiś czas przebywała w Domu Pracy Twórczej ZLP w Oborach, potem w domach opieki społecznej. Zmarła 22 kwietnia 1969 roku. Gorąca patriotka. Kobieta walcząca o sprawy kobiet. Dziś całkowicie przemilczana. Czyżby kara za „złe” pochodzenie?

Mieczysław Stryjewski

Mieczysław Stryjewski urodził się 12 lutego 1918 roku w Tarnopolu. Zmarł w Toruniu 21 lutego 1984. Debiutował w lubelskiej „Kamenie” w roku 1937. Członkiem ZLP był od 1953 roku, lecz ze względu na chorobę uniemożliwiają samodzielne poruszanie się, nie brał udziału w życiu Gdańskiego Oddziału. Był samoukiem, prawdopodobnie nigdy nie chodził do szkoły. Najpierw opiekowała się nim matka, następnie Miejska Biblioteka Publiczna w Lęborku, w którym to mieście spędził większość dorosłego życia. Wydał trzy tomy wierszy, pierwszy w roku 1975, trzeci ukazał się pośmiertnie, z początkiem XXI wieku. Członkiem ZLP został chyba ze względu na niepełnosprawność, ponieważ regulamin Związku Literatów przewiduje członkostwo dla osób, które mają na swym koncie dwie wartościowe powieści lub tomy opowiadań, trzy tomiki wierszy, lub pięć scenariuszy filmowych. Te rygory nie zawsze były dotrzymywane, zwłaszcza w czasach stalinowskich.

Malwina Szczepkowska              

Malwina Szczepkowska sporo lat była kierownikiem działu kultury Gdańskiej Rozgłośni Polskiego Radia, prawą ręką dyrektora tejże rozgłośni, członka Komitetu Wojewódzkiego PZPR, Stanisława Goszczurnego (o nim potem).

Szczepkowska urodziła się 30 lipca 1909 roku w Pińczowie, zmarła 2 czerwca 1977 w Gdańsku. Przed wojną ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. W czasopismach debiutowała w roku 1929, debiut książkowy to powieść „Dom na prowincji” z roku 1933. Od 1936 była już członkiem Związku Zawodowego Literatów Polskich, po wojnie przekształconego w Związek Literatów Polskich. W latach 1951-1952 była prezesem Oddziału Gdańskiego. Powieści, sztuk teatralnych, słuchowisk radiowych napisała mnóstwo. Żaden z jej utworów nie zaistniał jednak jako dzieło godne uwagi.

Janusz Stępowski

Przez parę powojennych lat dawał o sobie znać na Wybrzeżu Janusz Stępowski herbu Junosza. Urodził się 27 grudnia 1900 roku w Krakowie, zmarł 27 marca 1969 w Warszawie. Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego. Debiutował w 1921 roku szopką wystawioną przez uczniów Szkoły Morskiej w Tczewie, zapewne z autorem w roli głównej. Stępowski czas jakiś uczęszczał do tczewskiej poprzedniczki Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. W pięć lat potem ukazała się jego powieść „Sad w środku miasta”. Dzięki niej tuż po wojnie w roku 1945 został przyjęty do ZLP. Odbył potem kilka rejsów dalekomorskich, był założycielem Klubu Literackiego, poprzednika Gdańskiego Oddziału Związku Literatów i byłby pewnie pozostał na Wybrzeżu w charakterze czołowego marynisty, gdyby nie brak mieszkania i prawdopodobnie niechęć władz wojewódzkich, co zmusiło go do przeprowadzki do Warszawy. Gdy w roku 1956 zacząłem bywać na zebraniach literackich, już go w Oddziale Gdańskim nie było. Sentyment do morza jednak w sercu i głowie pozostał. W roku 1975 można odnaleźć Stępowskiego w antologii „Rozśpiewane morze. Śpiewki, ballady, szanty i piosenki morskie”, a w roku 1978 Wydawnictwo Morskie wznowiło jego „Legendę o masztowej sośnie”, za którą czterdzieści lat wcześniej otrzymał nagrodę marynistyczną im. Szackiego.

Edward Fiszer

Drugim takim przelotnym ptakiem, który przysiadł na krótko w siedzibie Związku Literatów przy ulicy Powstańców Warszawy w Sopocie, był Wielkopolanin, Edward Fiszer urodzony w Słupcy 10 października 1916, zmarły w Poznaniu 13 stycznia 1972 roku. Po wojnie był redaktorem Polskiego Radia w Gdańsku. W roku 1950 otrzymał nagrodę Miejskiej Rady Narodowej w dziedzinie kultury. W dwa lata potem przeniósł się do Warszawy.

Zofia Rajczykowska-Wiśniewska

Rodowitą Gdańszczanką była Zofia Rajczykowska-Wiśniewska. Urodziła się w Gdańsku 2 września 1916 i zmarła tam 23 listopada 1963. Pracowała w charakterze nauczycielki języka angielskiego. Pisać zaczęła dość późno, a jej dorobek literacki nie jest zbyt obwity. Zadebiutowała w roku 1950 powieścią „Pani na Bałtyku”, a w dziewięć lat potem ukazała się jej druga książka „Adiutant i generał”. Dwukrotnie wstępowała do ZLP, najpierw w roku 1949, czyli przed ukazaniem się debiutanckiej powieści. Usunięta ze Związku po porządkach popaździernikowych, ponownie została przyjęta w roku 1960. Już w zgodzie z przepisami, jako autorka dwóch powieści.

Wanda Chylicka

Wanda Chylicka z domu Cywińska urodziła się przed I wojną światową, 4 stycznia 1911 roku w Krakowie i dożyła III Rzeczpospolitej, zmarła w Warszawie 24 kwietnia 1996 roku. Ukończyła wydział prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Jej gdański epizod przypadł na lata 1945 – 1952. Była założycielką Bractwa Literackiego, które wyłoniło się z Klubu Literackiego. W roku 1946 została przyjęta do ZLP. Jak zwykle w tamtych czasach bez spełnieniu obowiązku napisania i wydania przynajmniej dwóch książek. Debiut w postaci zbioru nowel „Splątane korzenie” nastąpił w roku 1953, powieść „Ucieczka i powrót” ukazała się rok później, obie pozycje już w Warszawie, dokąd Chylicka przeniosła się po opuszczeniu Wybrzeża. Potem było kilkadziesiąt lat milczenia i dopiero w III RP ukazała się ostatnia książka autorki „Zamilknij Moniko”. Co przez te lata robiła Chylicka i kim była tytułowa Monika nie mogłem się nigdzie dowiedzieć. W każdym razie schyłek życia pani Wandy był oryginalny. W latach siedemdziesiątych zaangażowała się w ruch Amnesty International, związała się z Leszkiem Moczulskim, następnie się z nim pokłóciła, atakując założony przez niego Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, a także marksistowskie przeciwieństwo ROPCiO – KSS KOR. Jakie przyczyny skłoniły Chylicką do odcięcia się od głównego nurtu opozycji demokratycznej, nie wiadomo. Po stanie wojennym, gdy rozwiązany został dawny Związek Literatów Polskich i powołana nowa organizacja pisarska pod tą samą nazwą, wstąpiła do nowego ZLP i pozostała tam do końca życia.

 Karol Olgierd Borchardt

Karol Olgierd Borchardt urodził się w Moskwie 25 marca 1905 roku. Był to czas, gdy wielka armada najeżona setkami dział, duma Jego Cesarskiej Mości Mikołaja II, zmierzała na Daleki Wschód, aby w okolicach wyspy Cuszima znaleźć grób na dnie Morza Japońskiego. W Rosji wybuchła rewolucja lutowa, prolog przewrotu zwanego przez bolszewików „Wielką Socjalistyczną Rewolucją Październikową”. Gdyby w dniu bitwy pod Cuszimą Borchardt miał nie dwa miesiące, a dwanaście lat pewnie entuzjazmowałby się tym starciem, jednym z największych w dziejach wojen morskich. Na swój udział w tego typu wydarzeniach musiał poczekać jeszcze trzy i pół dekady. Z wojną na lądzie zapoznał się wcześniej. Jako piętnastolatek wstąpił na ochotnika do wojska i w roku 1920 walczył z bolszewikami. Otrzymał ranę i Krzyż Walecznych. O tym epizodzie nie wspomina żadna jego biografia wydana w PRL. Sam nic nie mówił, zapamiętałem go jako milczka. Podczas zebrań Związku Literatów, do którego należał od roku 1970, nigdy nie zabrał głosu w istotnych sprawach.

W okresie międzywojennym studiował na Uniwersytecie im. Stefana Batorego w Wilnie, następnie ukończył Szkołę Morską w Tczewie. Lata trzydzieste przepływał jako oficer marynarki handlowej. W roku 1936 został kapitanem żeglugi wielkiej. Wojna zastała go na pokładzie „Daru Pomorza”. Przez Szwecję przedostał się do Anglii. Przeżył zatopienie przez Niemców transatlantyków MS „Piłsudski” i MS „Bolesław Chrobry”. W obu katastrofach został ciężko ranny. W okresie rekonwalescencji zaczął pisać opowiadania marynistyczne. Po wojnie długo się wahał przed powrotem do kraju. Ostatecznie powrócił do Gdyni w roku 1949. W Anglii pozostała jego żona Karolina z Iwaszkiewiczów i córka Danuta. W Polsce zdecydowano, że z przyczyn zdrowotnych kapitan Borchardt nie może pracować na morzu. Czy rzeczywiście czterdziestoparoletni mężczyzna był w tak złym stanie psychicznym, iż nie mógł stanąć na mostku kapitańskim? Może jednak zadecydowała obawa, że znalazłszy się po drugiej stronie „Żelaznej kurtyny” poprosi o azyl? Powierzono mu czynności dydaktyczne. Uczył adeptów zawodu marynarskiego w Szkole Rybołówstwa Morskiego, a potem w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni. Pisał. I był kochany przez czytelników. Jego najgłośniejsza książka „Znaczy kapitan” doczekała się bodaj dziesięciu wydań. Nagradzano go, odznaczano. W 1964 otrzymał Order Sztandaru Pracy II klasy, w roku 1976 ten sam order, ale już I klasy. Wyżej był tylko tytuł Budowniczego Polski Ludowej. Lecz wspominając jego twarz, odnosiłem wrażenie, że jest to twarz człowieka mało szczęśliwego. Nie wiem komu oddawał głos podczas naszych zebrań wyborczych, bo głosowanie było tajne. W kwestiach przegłosowywanych jawnie nigdy się nie wychylił. Jeśli się bał, mógł na zebranie nie przyjść, wymówić się chorobą. A jednak przychodził i głosował jak Partia kazała. Czy był szantażowany? Tego nie wykluczam. Tuż po stanie wojennym, w roku 1984 otrzymał jeszcze jedno odznaczenie: Medal Czterdziestolecia Polski Ludowej. Myślę, że kapitan Borchardt zasłużył na solidnego, obiektywnego biografa, który by w dziennikarskim śledztwie rozplątał wszystkie nici oplatające tego niezwykłego człowieka. Najsłynniejszy polski marynista epoki PRL zmarł w Gdyni 29 maja 1986 roku.

Pisarze kaszubscy

Osobną kategorią w literaturze pomorskiej są pisarze, którzy tworzyli nie tylko po polsku, lecz także w języku kaszubskim. W dwudziestoleciu międzywojennym debiutowali między innymi Franciszek Sędzicki, Aleksander Labuda, Leon Roppel, Bernard Sychta, Jan Trepczyk. Był to czas rozkwitu literatury kaszubskiej. Po II wojnie światowej, szczególnie po Październiku ’56 pisarstwo kaszubskie powoli gasło. Wynikało to ze względów komercyjnych. Książki pisane w literackim języku polskim osiągały większe nakłady, co za tym idzie autor otrzymywał wyższe honoraria. Również recenzenci chętniej sięgali po utwory napisane w czystej polszczyźnie.

Franciszek Sędzicki

Franciszek Sędzicki urodził się 11 marca 1882 roku we wsi Rotembark pod Kościerzyną. Jest więc najstarszym z omawianych tu pisarzy kaszubskich. Przeżył dwie wojny światowe. W pierwszej brał udział jako żołnierz armii cesarza niemieckiego. Podczas drugiej musiał ukrywać się przed Niemcami, poszukiwany jako aktywny działacz Polonii gdańskiej. Zadebiutował bajkami i legendami kaszubskimi, tłumaczonymi z tego języka na niemiecki. Po wojnie osiadł na stałe w Gdańsku. Został członkiem Gdańskiego Oddziału ZLP. Pisał po polsku i po kaszubsku. W roku 1951 otrzymał nagrodę literacką Miasta Gdańska, w cztery lata potem został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Zmarł w Gdańsku 19 kwietnia 1957 roku.

Aleksander Labuda

Aleksander Labuda urodził się 9 sierpnia 1902 roku we wsi kaszubskiej Mirachowo. Zmarł w Wejherowie 24 października 1981 roku. Pochodził z rodziny, gdzie w domu mówiono po kaszubsku, w urzędzie po niemiecku, a w kościele po polsku. Był nauczycielem wiejskim i działaczem kaszubskim. Jego dewizą życiową było: „Droga do morza prowadzi przez serca Kaszubów”.

Miał bogaty życiorys, jak wszyscy którzy w swej ziemskiej wędrówce zaliczyli dwie wojny światowe. Debiutował w roku 1939 „Zasadami pisowni kaszubskiej ze słownikiem ortograficznym”. Książka wydana była sumptem autora w nakładzie 1000 egzemplarzy. 90 procent nakładu Niemcy spalili po wkroczeniu do Wejherowa.

Labuda pisał wiersze, fraszki, artykuły. Gestapo już ostrzyło zęby na kaszubskiego poetę i pan Aleksander zapewne zakończyłby żywot w obozie Stutthof, lub w lasach piaśnickich, gdyby nie Wehrmacht, do którego wstąpił i przez parę lat wojny obijał się na tyłach frontu. W końcu Anglicy wzięli go do niewoli na Krecie i poprzez obóz jeniecki trafił do Andersa. Do Polski wrócił dopiero w 1946 roku, co nie podobało się władzom Polski Ludowej. W Drugiej Rzeczpospolitej był źle widziany ze względu na ciągoty lewicowe, w PRL za prawicowość. W końcu wysłano go na rentę inwalidzką, co wyszło mu na dobre, bo miał więcej czasu na pisanie. W roku 1976 został przyjęty w poczet członków Związku Literatów Polskich. Przez pięć lat był moim związkowym kolegą, ze wstydem muszę przyznać, że zupełnie go nie pamiętam. Być może wiek i choroby nie pozwalały mu na uczestniczenie w związkowych zebraniach i imprezach. Ostatnim jego dziełem był „Słownik polsko-kaszubski i kaszubsko-polski”.

Anna Łajming

W pokoleniu pisarzy kaszubskich nie brakło oczywiście płci pięknej. Ale tak na prawdę tylko jedna pisarka zyskała poczesne miejsce na literackim Parnasie. Mowa o Annie Łajming ze znanego rodu ziemian pomorskich – de domo Trzebiatowskiej.

Pani Anna urodziła się 24 lipca 1904 roku w Przymaszewie pod Chojnicami i dożyła bardzo sędziwego wieku, zmarła w Słupsku 13 lipca 2003 roku. Pisać zaczęła późno, jej debiut to skecz pod tytułem „Ptaszyn” napisany w roku 1958. Potem było czternaście kolejnych książek pisanych prozą, w tym trzytomowa autobiografia obejmująca czas od wczesnego dzieciństwa autorki, aż po II wojnę światową. Co ciekawe pani Łajming pisała swoje powieści w dwóch językach. Narracja po polsku, dialogi po kaszubsku. Akcja jej sztuk i opowiadań z reguły dotyczy Pomorza. Od Torunia i Sępolna Krajeńskiego po Tczew i Gdańsk. Jak zauważył Piotr Kuncewicz jest to proza soczysta, dojrzała literacko, zarazem smutna, można rzec fatalistyczna. Do Związku Literatów Polskich Anna Łajming została przyjęta w roku 1973.

Leon Roppel

Leona Roppla, pseudonim Piętów Tona, pamiętam dużo lepiej od wymienionych wyżej.  Urodził się w Wejherowie 19 września 1912 roku. Przed wojną ukończył germanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jako pisarz debiutował w roku 1933. Pierwsza jego książka „Na jantarowym brzegu” ukazała się w 1939, prawie cały nakład Niemcy spalili na wejherowskim rynku. Potem było dziesięć lat przerwy i w roku 1949 „Żeglarz Złocistego Słońca”, a po kolejnych sześciu latach, tom „Nasze stronë”, zawierający wiersze i opowiadania. I jeszcze kilka książek po kaszubsku. Był też Roppel lektorem języka niemieckiego na Uniwersytecie Gdańskim, a w Związku Literatów, do którego należał od 1959 roku, niemal etatowym przewodniczącym Komisji Rewizyjnej. Znałem go jako starszego pana o trwałych przekonaniach i nieposzlakowanej uczciwości. Odszedł o wiele za wcześnie. Pożegnałem go w ciepły wiosenny dzień 12 maja 1978 roku na gdyńskim cmentarzu w Redłowie.

Jan Piepka

Dużo młodszym od Roppla, bo urodzonym 8 lutego 1936 roku we wsi Łebno powiatu wejherowskiego był Jan Piepka, piszący również pod pseudonimem Staszków Jan. Ale to właśnie ze swym starszym kolegą, mającym już na koncie kilka książek, w roku 1955 zadebiutował Piepka, jako współautor tomu „Nasze stronë”. Pierwszą jego książką pisaną po polsku są „Purtkowe stegny”, czyli tłumacząc na polski „Ścieżki Purtka”, utożsamianego ze Smętkiem, czyli z metaforą niemczyzny, prześladującą lud kaszubski.

Piotr Kuncewicz wysoko ocenia zarówno prozę, jak i poezję Piepki – „Haneska” z roku 1957, „Szumiące wrzosy” z roku 1967, „Dzierzby w głogach” z roku 1968, „Ciszę” z roku 1970. Kuncewicz porównuje go z Tadeuszem Nowakiem i Wiesławem Myśliwskim. Odnajduje analogie z poezją Kasprowicza i Różewicza. Miał Piepka sporo nagród i odznaczeń. Już w roku 1965 otrzymał nagrodę literacką Miasta Gdańska, a w roku 1972 nagrodę wojewódzką za całokształt twórczości. Rada Państwa PRL uhonorowała go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Do ZLP został przyjęty w roku 1958, parokrotnie był wybierany do zarządu Oddziału Gdańskiego, a w latach osiemdziesiątych pełnił przez jedną kadencję funkcję prezesa tegoż oddziału. W młodości utrzymywaliśmy bliskie kontakty towarzyskie, które w latach siedemdziesiątych znacznie wyparowały. Należy jeszcze dodać, że był Piepka znakomitym gawędziarzem. Odbył w życiu tysiące spotkań autorskich, odwiedzając szkoły i świetlice całej Polski. Po roku 1990, jak większość pisarzy, popadł w kłopoty finansowe. Był już ciężko chory, niezdolny się odnaleźć w nowych warunkach. Opuścił Gdańsk, zamieszkał na kaszubskiej wsi. Zmarł w Kościerzynie 8 marca 2001 roku.

Alojzy Nagel

Urodzony 26 maja 1930 roku w kaszubskiej wiosce Kielno, Alojzy Nagel smutne miał życie, a poezja była tym, co podnosiło go na duchu i zdobywało ludzki szacunek. Wcześnie, bo jeszcze podczas wojny stracił rodziców. Przez pewien czas wychowywała go ciotka, potem i ona umarła. Maturę zdał jako ekstern, w roku 1950 wstąpił do klasztoru, lecz z powodu słabego zdrowia musiał zakon opuścić. Pisał niemal od dzieciństwa i to w trzech językach: po polsku, kaszubsku, oraz po łacinie. Debiutował w roku 1953, podobnie jak wielu innych pisarzy, w dodatku kulturalnym „Dziennika Bałtyckiego” – „Rejsy”. Pierwszy samodzielny tomik, „Procem noce” ukazał się w roku 1970. Nagel nie pisał wiele, ale była to dobra poezja, tłumaczona na język niemiecki, słoweński, łużycki, a nawet białoruski. Do ZLP został przyjęty wkrótce po debiucie. Otrzymał też kilka nagród i odznaczeń, lecz z poezji wyżyć niepodobna. Ze względu na pogarszający się stan zdrowia Nagel musiał szukać dachu nad głową w domach opieki społecznej. Niespodziewanie uhonorowała go III Rzeczpospolita. W roku 1994 ówczesny wojewoda, Maciej Płażyński przyznał mu literacką nagrodę województwa pomorskiego. Poeta zmarł w cztery lata później, 19 lipca 1998 roku w domu seniora „Za falochronem” w Gdyni.

Jan Trepczyk

Typowy życiorys kaszubskiego inteligenta posiadał Jan Trepczyk. Urodził się 22 października 1907 roku w Stryszej Budzie pod Mirachowem. Ukończył Seminarium Nauczycielskie Męskie w Kościerzynie, pracował jako nauczyciel, był czynnym działaczem społecznym, prezesem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Wejherowie. Jego debiut prasowy przypadł na rok 1931. Pisał wiersze i teksty piosenek kaszubskich. Uważany za jednego z najwybitniejszych poetów piszących w tym języku. Do Związku Literatów Polskich został przyjęty w roku 1979. Po długim pracowitym życiu zmarł w Wejherowie 3 września 1989 roku.

Bernard Sychta

Do tego samego pokolenia należy dramaturg ksiądz Bernard Sychta. Urodził się we wsi Puzdrowo, w powiecie kartuskim, pół roku przed Trepczykiem, 21 marca 1907 roku. Studiował w Seminarium Duchownym w Pelplinie i na Uniwersytecie Poznańskim. Członek wielu towarzystw naukowych, tajny szambelan papieża Jana XXIII. Był autorem dwunastu sztuk teatralnych, pisanych w języku kaszubskim, w tym dziesięć napisanych pomiędzy 1925, a 1939 rokiem oraz siedmiotomowego „Słownika Gwar Kaszubskich”. Zmarł w Gdańsku 25 listopada 1982 roku.

Augustyn Necel

Augustyn Necel przyszedł na świat w rybackiej wiosce Chłapowo na Półwyspie Helskim. Stało się to 22 marca 1902 roku. Necel pochodził ze starej rodziny kaszubskiej, od stuleci żyjącej z „owoców morza”, jakimi na Bałtyku były śledzie, dorsze, flądry, łososie. Zaliczył niemiecką szkołę w Chłapowie. W wieku 14 lat rozpoczął pracę na morzu, języka polskiego uczył się czytając książki, przede wszystkim Henryka Sienkiewicza, którego był zaprzysięgłym wielbicielem. Do dorosłości dochodził w czasie, gdy ze stuletniej niewoli odradzała się wolna Polska. Czy był w Pucku, gdy generał Józef Haller dokonywał zaślubin Rzeczpospolitej z morzem? Nie mówił nic na ten temat, ale jako człowiek opatrzony pewną dozą fantazji, mogę popuścić wodze wyobraźni i z perspektywy wieku jaki minął od tamtych wydarzeń, popatrzeć na zuchwale spoglądającego osiemnastolatka, który pod wpływem słów Generała, ulatywał myślą ku niebu.

Musiał być pan Augustyn „morowym chłopakiem” jak by go określili rówieśnicy z Targówka, czy Pelcowizny, żądnym przygód i poznawania świata. Nie poprzestał na ojcowskim kutrze, po odbyciu służby wojskowej zaciągnął się do marynarki handlowej, przez trzy lata pływając po morzach i oceanach. Osiadł wreszcie w Helu, pracował w tamtejszej Stacji Morskiej. Musiał wzorowo wypełniać swoje obowiązki, gdyż w 1933 roku został odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi. Zabrał się też za pióro, pisząc artykuły poświęcone rybołówstwu dalekomorskiemu. W 1939 brał udział w obronie Wybrzeża, następnie związał się z ruchem oporu. Przez osiem powojennych lat parał się rybołówstwem, w roku 1953 oddał kutry synom, sam poświęcając się literaturze.

Z początku ciężko szło, był przecież samoukiem, bliżej było mu do kaszubszczyzny niż do polskiego języka literackiego. Pomogli mu pisarze z Gdańskiego Oddziału ZLP: Franciszek Fenikowski i Lech Bądkowski. Zadebiutował w roku 1955 powieścią „Kutry o czerwonych żaglach”. Nakład jak na debiutanta był wysoki – 20 tysięcy egzemplarzy, zainteresowanie czytelników znaczne. Pisał Necel o historii Pomorza, o ciężkiej pracy rybaków, o wojnie, o ludzie kaszubskim. Było w tym sporo naiwności, ale także autentyzm, prawda ziemi, po której stąpał i którą ukochał.

W ciągu dwudziestu lat pracy twórczej nazbierało się tych książek sporo. Polska Ludowa uhonorowała autora Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, natomiast papież Paweł VI, jako jedynemu chyba pisarzowi polskiemu, nadał mu Komandorię I klasy Orderu Świętego Grzegorza Wielkiego. Odznaczenie to zostało przyznane za książkę „Nie rzucim ziemi” opisującą martyrologię księży katolickich pod niemieckim butem. Przez trzynaście lat kolegowaliśmy z panem Neclem w gdańskim ZLP, ale on podobnie jak inni pisarze kaszubscy z wyjątkiem Roppla i Piepki rzadko uczestniczył w imprezach związkowych. Wielomówny też nie był. Zmarł we Władysławowie 29 października 1976 roku.

Jan Drzeżdżon

Jan Drzeżdżon, urodzony 16 maja 1937 roku, ukończył gdańską Wyższą Szkołę Pedagogiczną. Był Kaszubą spod Pucka. Większość życia spędził w Żelistrzewie, wsi położonej pomiędzy Puckiem, a Władysławowem. Debiutował w roku 1974 wierszami kaszubskimi „Szklaniane pocöre”, czyli „Szklane paciorki”. Do ZLP został przyjęty w 1976 roku. Częściej niż po kaszubsku pisał po polsku. Jego największym dziełem jest monumentalna trylogia „Karamoro”. Henryk Bereza miał go za geniusza, większego od Llosy i Cortazara razem wziętych. Trudna to literatura, mroczna, odrealniona. Ale wielkiego talentu nie można mu odmówić. Jesienią 1989 roku miałem przyjemność bliżej poznać Drzeżdżona. Przebywał z żoną w zakopiańskiej „Halamie”, podczas posiłków siedzieliśmy przy jednym stoliku i miło się nam rozmawiało. Wybitny pisarz, zarazem skromny, bezpośredni. Drzeżdżon nie zapisał się do „nowego” ZLP i nie miał zamiaru wstępować do SPP. O „starym” Związku miał nienajlepsze zdanie. Przyznał, że słuchając wypowiedzi Bądkowskiego i Faca doszedł do wniosku, iż obaj dbają wyłącznie o własne interesy. Skutkiem tego miał dość bywania na związkowych zebraniach. Zmarł w niecałe trzy lata po naszym pobycie w Zakopanem, 22 sierpnia 1992 roku. Kaszubi stracili największego swego pisarza, znawcę literatury pisanej w tym języku od zarania dziejów do współczesności.

Stanisław Janke

Stanisław Janke pochodzi z Kościerzyny. Urodził się 20 marca 1956 roku. Obecnie mieszka w Wejherowie. Pisze po polsku i po kaszubsku. Tłumaczy również polską literaturę na język kaszubski i książki pisane po kaszubsku na polski. Debiutował w roku 1983 tomem wierszy „Ju nie jem motelnikem”, co przekłada się na polski „Już nie jestem motylem”. Wydał po kaszubsku siedem tomików poezji i trzy powieści. Po polsku wyszły cztery jego książki: „Żółty kamień”, „Lelek”, „Piękniewo” i „Droga do korony”. Na polski przekłada przede wszystkim Adama Mickiewicza: „Krimsczé sonetë”, „Òda do młodectwa” i „Pón Tadeùsz”.

Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Gdańsku.

Eugeniusz Pryczkowski

Eugeniusz Pryczkowski przyszedł na świat 7 lipca 1969 roku w Wejherowie i jest obecnie jedną z najbardziej wyrazistych postaci społeczności kaszubskiej. Doktorant Uniwersytetu Bydgoskiego, nauczyciel języka kaszubskiego, szef wydawnictwa „Szos”, specjalizującego się w promocji poezji i prozy kaszubskiej. Pisze książki zarówno po polsku, jak w języku kaszubskim. Jest autorem śpiewnika i modlitewnika kaszubskiego. Opisuje dzieje tej ziemi. Aktywny w różnych dziedzinach sztuki, jest członkiem Związku Autorów i Kompozytorów Scenicznych, a od 2005 roku członkiem ZLP. Mieszka w Baninie, pełni godność wiceprezesa Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego.

I to już w zasadzie wszyscy pisarze, których twórczość przypadła na okres dwudziestolecia międzywojennego, oraz pierwsze dziesięciolecie PRL. W kolejnym podcaście opowiem Państwu o takich pisarzach jak Stanisława Fleszarowa, Róża Ostrowska, Lech Bądkowski, Mieczysław Czychowski, Bolesław Fac. To już moje pokolenie. Jedni nieco starsi, inni o parę lat młodsi. Prawie wszyscy nie żyją. Część debiutowała tuż po II wojnie światowej, ocierając się o narzucony odgórnie kierunek literacki zwany „realizmem socjalistycznym”. Większość sięgnęła po pióro już po Październiku 1956.

„Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci”